Celebracje.pl

… strona dla miłośników świętowania z okazji lub bez :)

Paris-Brest po polsku, czyli grudniowy Paryż w śnieżnej Warszawie 27/12/2012

celebracje-paris-brest-pytanie-na-sniadanie

Cudowne, wspaniałe, po prostu najlepsze zakończenie roku – znaleźć się choć na chwilę u źródła mojej słodkiej mocy! Tym razem wpadłam do Paryża na samym początku grudnia, ja i setki tysięcy innych ludzi wiedzionych milionami migoczących światełek na Polach Elizejskich, strzelistymi choinkami w Galeries Lafayette i Printemps, zapachem karmelizowanych jabłek oraz miliardem innych kuszących powodów.

kolo-w-deszczu-paryz-celebracje

Dobrze, przyznaję, jest pięknie, ale dla mnie najważniejsze są chwile spędzone z przyjaciółmi: zdobyte kilometry, które czuję do dziś, hektolitry wypitej herbaty, wzniesione toasty, lekcje asertywności mojego chrzestnego synka („non! pas du tout!”), smakowe odkrycia i… to ciepło i radość, które czuję zawsze, kiedy jestem razem z nimi. To samo czuję tu, w Warszawie.

pomme-d-amour-celebracje-paryz
Postanowiłam zrobić małe kulinarne podsumowanie kolejnego roku spędzonego wśród tych wszystkich ludzi. Jaką klamrą mogę spiąć słodki Paryż z wytrawną Warszawą? Paris-Varsovie, czyli moją wersją wielkiego francuskiego klasyka – Paris-Brest. Każdy, nawet bardzo awangardowy francuski cukiernik ma swoją własną wersję, więc jakiż ze mnie byłby wielbiciel francuskich ciast bez mojego Paris-Brest?! Mój przepis łączy tradycyjną recepturę na lekkie ciasto ptysiowe z Laduree z uzależniającym kremem pralinowym (o tak, tak, czytelnicy Celebracji już wiedzą, że domowa pralina to jeden z moich ulubionych składników) oraz małym osobistym akcentem: musem z owoców leśnych.

Paris-Varsovie czyli moja wersja Paris-Brest

celebracjepl-dekoracja-paris-brest
lekkie ciasto ptysiowe (przepis Laduree)

120 g mąki pszennej (typ 450, np poznańska)
100 ml mleka
100 ml wody
10 g cukru
szczypta soli
80 g masła
4 całe jajka
kilka łyżek migdałów w płatkach

celebracjepl-ciasto-ptysiowe-paris-brest

Nagrzać piekarnik do 180 st C.
Zagotować w garnku mleko z wodą, cukrem, solą i masłem; zaraz po zagotowaniu odstawić z ognia i dodać przesianą mąkę, wymieszać dokładnie, postawić na ogniu i mieszając osuszyć nieco ciasto przez 1-2 minuty. Przełożyć do miski i cały czas mieszając dodać jajka (po jednym), mieszać tak długo, aż ciasto będzie lśniące i lekko lejące. Przełożyć do rękawa cukierniczego.
Papier do pieczenia nasmarować delikatnie masłem i wyszprycować ciasto tak, aby otrzymać równe kręgi – możemy zrobić duże koła (po ok 20 cm) lub małe – 8-10 cm (na indywidualne porcje); ja zwykle rysuję koła ołówkiem na spodniej stronie papieru do pieczenia – w ten sposób wychodzą ładne, równe porcje. Posypać migdałami w płatkach.
Włożyć do gorącego piekarnika i piec 10 minut w temp.180 st C z termoobiegiem (uwaga, nie otwieramy piekarnika w tym czasie – ciasto ma ładnie wyrosnąć), po tym czasie przestawiam termoobieg na zwykłe pieczenie (góra-dół), a w drzwiczki do piekarnika wkładam drewnianą szpatułkę – w ten sposób drzwiczki pozostają lekko uchylone, a wilgoć może wydostać się na zewnątrz; piekę kolejnych 25-30 minut uważając, aby moje ptysie nie spiekły się zbytnio. Ostudzić na kratce.

Krem pralinowy

500 ml pełnego mleka
3 żółtka
125 g drobnego cukru
60 g skrobii kukurydzianej (Maizena)
200 g miękkiego masła
125 g masy pralinowej (mój przepis tu)

robimy creme patissiere: żółtka z cukrem, skrobią i odrobiną mleka miksujemy aż całość się połączy; pozostałą część mleka gotujemy, zdejmujemy z ognia, energicznie mieszając masę jajeczną wlewamy po woli gorące mleko, a gdy wszystko się połączy, przelewamy do garnka i mieszając gotujemy aż masa zgęstnieje do konsystencji gęstego budyniu; przykrywamy szczelnie folią spożywczą tak, aby ściśle przylegała do masy, odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie, do jeszcze ciepłej masy dodajemy 100 g miękkiego masła pokrojonego w drobną kostkę i mieszamy aż całość się połączy; ponownie przykrywamy szczelnie folią i odstawiamy na 1 do 2 godzin do lodówki; w tym czasie miksujemy masę pralinową z pozostałą częścią masła, odstawiamy (masa powinna zachować temperaturę pokojową); wyjmujemy schłodzony krem, miksujemy żeby go nieco ocieplić i wygładzić, dodajemy masę maślano-pralinową, miksujemy na gładki krem, przekładamy do rękawa cukierniczego;

Mus z owoców leśnych

celebracjepl-mus-z-owocow-lesnych

400 g mieszanych owoców leśnych (maliny, jeżyny, wiśnie, truskawki, jagody – ja używam zamrożonych owoców)
2-3 łyżki cukru
szczypta mielonego kardamonu
2 łyżki żelatyny

Owoce gotujemy z cukrem aż płyn odparuje do połowy, doprawiamy do smaku mielonym kardamonem. Żelatynę zalewamy 3-4 łyżkami wody, czekamy aż spęcznieje, po czym roztapiamy ją w kąpieli wodnej i dodajemy do gorących owoców. Całość blendujemy na gładką masę i przecieramy przez drobne sito. Przelewamy do małych foremek do czekoladek (u mnie w kształcie diamentów) i odstawiamy do zamrażalnika na 2-3 godziny (można je oczywiście odstawić do lodówki, ale łatwiej wyjmuje się mus zamrożony niż schłodzony), wyjąć z foremek; przełożyć na deskę do krojenia i przywrócić do temperatury pokojowej;

celebracjepl-skladanie-paris-brest

Upieczone ciastka przekroić na pół, na dolną warstwę wyszprycować starannie krem pralinowy, ułożyć w równych odstępach mus owocowy, pomiędzy musami wyszprycować dodatkową porcję kremu, przykryć górną warstwą ciasta i posypać cukrem pudrem. Et voila, błyskawiczna podróż z Paryża do Warszawy gotowa!

I jeszcze kilka słów podsumowania – minęły już trzy lata od narodzin Celebracji – dziękuję Wam za każde mrugnięcie w stronę moich pomysłów, za każdy komentarz, za pytania i odpowiedzi, za tysiące odwiedzin każdego grudniowego dnia w poszukiwaniu słodkich inspiracji. To wszystko dedykuję moim przyjaciołom, rodzinie i Wam! Więcej o celebracjach już jutro, 28 grudnia w Pytaniu na Śniadanie, zapraszam.

Pamięci naszej siostry Dorotki, słońca, które zgasło trzy lata temu, Dorotki, której zawdzięczam więcej, niż można sobie wyobrazić. RIP.

dorotka-glebicka

 

Macarons chez Ladurée, czyli jak grzeszyć, to tylko w niebie… 16/11/2010

Krecim zwyczajem wynurzam się z metra na Charles de Gaulle – Etoile. Kolorowy tłum turystów kieruje się prosto na Łuk Triumfalny, a ja przechodzę na drugą stronę Pól Elizejskich i biegnę w stronę Concorde. Nie idę, biegnę! I chociaż rano ledwo zwlokłam się z łóżka, tych siedemset metrów przebiegam bez zadyszki. Grunt to motywacja – całą noc śniły mi się fiołkowe ciastka i mmm… a jakże: macarons!

Macarons to moje czwarte imię, zaraz po Oldze, Marii i Annie, przybrane w okolicach 14 lipca, dziesięć lat temu, w obecności dwóch świadków. Makaronikową matką chrzestną została Tifenn, która do dziś dba o poszerzanie mojej wiedzy praktycznej z przedmiotowej dziedziny. Widząc macarons po raz pierwszy pomyślałam, że to kicz w czystej postaci – kolorowe ciasteczka atakują przechodniów z witryny każdej francuskiej cukierni. O co chodzi? Wkrótce przekonałam się, że jakość makaroników rośnie wprost proporcjonalnie do stopnia kiczowatości. Dziś uważam je za szczyt słodkiego piękna, choć bywają we francuskich cukierniach dużo ładniejsze desery. Macarons oryginalnie pochodzą z Włoch, ale od początku XIX wieku Francja uważa je za skarb narodowy – świadczy o tym fakt, że każdy region ma swój sposób wyrobu i prezentacji. Te najbardziej popularne – w formie lekkiej migdałowej markizy z kremem – produkowane są w tylu wariantach, że naprawdę trudno się zdecydować! Początkującym polecam klasykę, czyli macarons waniliowe, kawowe, czekoladowe, pistacjowe, truskawkowe i cytrynowe. Potem spróbujcie macarons z karmelem z solonego masła – idealnie francuskie połączenie. Dla zaawansowanych wszystkie inne warianty, włączając mój ulubiony – macarons o smaku kwiatu pomarańczy. Makaroniki stały się wizytówką dobrych cukierników, z pośród których czołówkę stanowią trzy paryskie firmy: Pierre Hermé, Fauchon i (werble, werble, werble!) Ladurée – do którego właśnie zmierzam w podskokach!

Zwykle to miejsce można wypatrzeć z daleka, bo w porze lunchu i popołudniowej herbaty ustawia się przed nim nieprzyzwoicie długa kolejka. Tym razem strategicznie wybrałyśmy porę raczej brunchową i bez problemów dostałyśmy stolik na piętrze. Ladurée przy Polach Elizejskich to dwa piętra czystego paryskiego szyku. Sala główna na parterze wprost z Belle Époque jest zawsze gwarna i pełna turystów, którzy przychodzą tu głównie na kawę i coś słodkiego. Niedawno otwarto tu również bar, z nowoczesną stylistyką i lekkim menu, co przyciąga głównie młodych bankierów z sąsiedztwa. Piętro jest spokojne i ciche, z dywanami, kandelabrami, ciężkimi zasłonami i kilkoma salami połączonymi śmiesznym wąskim przejściem przypominającym korytarze RMS Titanic. Wszystko, począwszy od ubrań kelnerów, żakardów na ścianach, aż po złocone sufity pasuje do siebie idealnie. Czuję się jak w bajce sprzed dwóch wieków. Ale głód sprowadza mnie do XXI wieku – zamawiamy nasze ulubione kanapki klubowe. Brzmi nieciekawie?

Spróbujcie! Grillowane warzywa w glazurze z mozarellą, oliwkami, suszonymi pomidorami i ziemniakami Pont-Neuf. Albo Club Ladurée z listkiem chrupiącego boczku i sałatą. My pozostajemy wierne naszej kanapkowej tradycji, ale karta dań jest naprawdę ciekawa: omlet z czarnymi truflami, biały tuńczyk karmelizowany w cukrze z Mauritiusa, czy polędwica wołowa z rabarbarem i ziemniaczanym biszkoptem. Ladurée jest kolejnym miejscem, gdzie spędzamy dużo czasu, jak większość przychodzących tu osób, zatapiamy się po prostu w miękkich fotelach i nie myślimy, co będzie dalej. No dobrze, wiemy, co będzie dalej: deser! Wybór deseru jest tu kluczową kwestią – co tym razem? Motywy kwiatowe czy klasyka? Karta deserów jest znacznie dłuższa niż dań głównych i mam wrażenie, że wydłuża się z każdą moją wizytą.

Przede mną Religieuse à la Violette, czyli wyjątkowo pobożne ciasto ptysiowe z kremem fiołkowym. Cóż, fiołki dobrze komponują się z tym wnętrzem, nie mogłam zamówić niczego innego! Popijam kwiatowym Earl Greyem, jestem w niebie. Tifenn kocha róże, więc delektuje się Saint-Honoré Rose-Framboise – artystyczną kombinacją róży, maliny, ciasta francuskiego i ptysiowego z kremem.

Wszystko smakuje jak zrobione na miarę naszych podniebień, a wygląda jak dzieło sztuki. No i oczywiście macarons z kwiatem pomarańczy – skoro jesteśmy już w kwiatowym temacie! Miękkie, lekko ciągnące się ciasto i muślinowy krem. Dziwne, jeszcze przed chwilą tu były… jakoś tak… sennie się zrobiło, mmm?

Ladurée Champs Elysées
75, avenue des Champs Elysées – 75008 Paris
Métro: George V, Charles de Gaulle – Etoile (jeśli przy okazji chcecie ogarnąć wzrokiem całe Pola Elizejskie)
restauracja czynna pon-pią 7.30-23.30, sob 8.30-0.30, nie 8.30-23.30
butik czynny pon-pią 7.30-23.00, sob 7.30-0.00, nie 7.30-23.00
bar czynny pon-czw 9.00-23.30, pią 9.00-0.30, sob 10.00-0.30, nie 10.00-23.30
www.laduree.fr
inne miejsca w Paryżu i na świecie

 

 

Jak pachnie czekoladowe szaleństwo, czyli 16. Salon du Chocolat w Paryżu 03/11/2010

Dwanaście tysięcy metrów kwadratowych – to dużo, czy mało? Przeciętna tabliczka czekolady ma 171 centymetrów kwadratowych. Zadanie: policz, ile tabliczek czekolady zmieści się na dwunastu tysiącach metrów kwadratowych sali wystawowej numer 5 w Porte de Versailles. Dużo! A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie ten zapach. Nie do końca pamiętam, jak udało mi się nie zwariować. Ach, teraz już sobie przypominam: nie byłam tam sama. Sto dwadzieścia tysięcy ludzi z szaleństwem w oczach przemieszczających się we wszystkie możliwe strony, tony czekolady i ja – sto pięćdziesiąt centymetrów czystego czekoladoholizmu.

Dość liczb, przejdźmy do faktów!
Salon du Chocolat to organizowane od szesnastu lat największe czekoladowe wydarzenie na świecie. To idealny sposób na poznanie wszystkich najbardziej cenionych marek produkujących czekoladę. Chapon, Fauchon, Arnaud Larher, François Pralus, Jean-Paul Hevin, La Maison du Chocolat, Maison Boissier, Michel Cluizel, Pierre Marcolini, Sadaharu Aoki, Dalloyau, Puerto Cacao, Theobroma, Jeff De Bruges, Barry Callebaut, Valrhona, Lindt, Leonidas i Nestle otwierają listę ponad czterystu wystawców z całego świata. Poza wielkimi markami, można było zobaczyć małe firmy rodzinne, które od pokoleń komponują własne praliny i trufle. Mijałam najróżniejsze cuda: czekoladowe choinki, gigantyczne misie, rzeźby, nawet stragan z czekoladowymi owocami morza. Jedna z najdłuższych kolejek ustawiła się przed stoiskiem z czekoladowymi politykami – Francuzi z entuzjazmem zajadali się Sarkozym i Le Penem.

Stałym i wyczekiwanym punktem programu targów jest le défilé Tendance Chocolat czyli pokaz czekoladowej mody. Stroje można oglądać z bliska – sprawdziłam, niestety nie wszystko jest jadalne! Większość prezentowanych modeli nadaje się raczej na mroźną zimę niż lato, z powodów praktycznych. W mojej szafie nie doczekałyby jednak końca listopada…!
W przerwie między kolejną degustacją i kursem robienia mousse au chocolat obejrzałam występ peruwiańskich tancerzy. Salon du Chocolat to również prezentacje kultur największych hodowców drzew kakaowych i producentów czekolady – każdy dzień był poświęcony innej części świata. Piątek był dniem francuskim, z prezentacjami kulinarnymi mistrzów cukiernictwa z Le Crillon, Fauchon i Le Plaza Athénée. Sobotę poświęcono Japonii, niedzielę Ameryce Południowej.
Byłam na różnych targach, ale przyznaję, że tak wielkich tłumów nie widziałam nigdy. Z ulgą i oszołomieniem opuściłam Salon du Chocolat, ale obawiam się, że wrócę tam za rok. Czekolada uzależnia!

16e édition du Salon du Chocolat
28 października – 1 listopada 2010
Paryż, Porte de Versailles