Celebracje.pl

… strona dla miłośników świętowania z okazji lub bez :)

Makaroników cd, czyli… przepraszam, ale nadal nie mam ich dość! 28/10/2012

 

Tym razem najkrócej, jak potrafię, o tym, w co ubrałam dziś moje makaronikowe skorupki. Przepis na najbardziej udane, niezawodne i pyszne makaroniki znajdziecie tu, w mojej pierwszej makaronikowej odsłonie. Z tego przepisu robię ok. 30 skorupek, czyli 15 gotowych sztuk macarons. A środek jest już zwykle wypadkową tego, co akurat znalazłam w lodówce i zamrażalniku. Tym razem znalazłam tam mrożone truskawki, resztę czekoladowego crème pâtissière (ach, co to był za tort!) i oczywiście pralinę.


Na przechowywanie praliny znalazłam prosty sposób – robię większy zapas prażonych orzechów w karmelu, zastygnięte bryłki wrzucam do słoika i zamykam. Jak tylko mam potrzebę zrobienia masy pralinowej (mój przepis tu) po prostu wyjmuję kilka bryłek i wrzucam do malaksera. W moich przepisach pralina pojawia się często, bo nadaje kremom naprawdę głęboko orzechowy smak, ale też doskonale je zagęszcza.

I tak powstał dziś pyszny krem czekoladowo pralinowy do macarons

(ale myślę, że świetnie sprawdzi się też jako krem do tortu, mmmm!), idealne połączenie czekolady, prażonych orzechów laskowych, masła i karmelu:

3/4 szklanki czekoladowego kremu patissiere (mój przepis poniżej) w temperaturze pokojowej
4-5 łyżek masy pralinowej
50 g miękkiego masła

masę pralinową zmiksować z miękkim masłem, wymieszać delikatnie z kremem czekoladowym, schłodzić w rękawie cukierniczym.

czekoladowy crème pâtissière (z podanych składników wyjdą 2 szklanki kremu)
400 ml mleka
4 żółtka
80 g drobnego cukru
30 g skrobii kukurydzianej
100 g czekolady (minimum 70% kakao) pokrojonej w drobne kawałeczki
75 g masła

żółtka miksujemy z cukrem i skrobią tak, aby cukier dokładnie się rozpuścił, mleko gotujemy; masę mieszamy energicznie wlewając powoli gorące mleko, a gdy wszystko się połączy, przelewamy znów do garnka, gotujemy mieszając, aż masa będzie miała konsystencję gęstego budyniu; zdejmujemy z ognia, wrzucamy czekoladę i mieszamy aż się rozpuści i połączy z masą, po czym wkręcamy 25 g miękkiego masła, przykrywamy szczelnie folią spożywczą, ostawiamy do ostygnięcia; schłodzony krem miksujemy z pozostałym masłem et voila, gotowe – doskonały do przełożenia tortu z malinami itp, ale dziś posłuży do makaroników – odmierzamy 3-4 szklanki (tyle wystarczy do przełożenia 15 makaroników), pozostałą część możemy zamrozić.

i jeszcze prostszy krem truskawkowy z białą czekoladą i masłem

szklanka mrożonych truskawek
3-4 łyżki amaretto
2-3 łyżki cukru
100 g białej czekolady, pokrojonej w drobne kawałeczki
50 g masła

truskawki z amaretto i cukrem zagotować, zmniejszyć ogień i dusić tak długo, aż owoce zamienią się w konfiturę; całość miskujemy i do gorącej masy wrzucamy czekoladę, mieszamy aż wszystko połączy się w gładką masę, odstawiamy do schłodzenia, po czym miksujemy z masłem.

A potem… już tylko jak ten świstak… Smacznego!

 

Jesień w pigułce, czyli jak wcisnąć wielką dynię do tyciej czekoladki 15/10/2012

… powiedziałam wyraźnie: ta dynia była gigantyczna! Dlatego właśnie już trzeci dzień przerabiam ją na wszystkie możliwe sposoby, a ten – choć zupełnie przypadkowy – będzie od dziś hitem w mojej kuchni. Wracając z pracy myślałam o kremie z pieczonej dyni, który przypadkiem zrobiłam przedwczoraj do makaroników. Był tak pyszny, że resztę zamroziłam, ale nie mogłam czekać na kolejną partię makaroników. I wtedy przypomniałam sobie o moich ulubionych czekoladkach od Leonidasa (wiem, wiem, bywają lepsze, ale w mojej pamięci zapisały się na zawsze jako słodki smak dzieciństwa), o tych białych z maślanym kremem kawowym albo pralinowym. Dyniowych raczej nie jadłam, postanowiłam jednak spróbować i… oficjalnie otwieram domową manufakturę czekolady na Saskiej Kępie (strzeż się E.Wedel!), bo to bardzo wciągające zajęcie. Poziom trudności: zetpety pierwszoklasisty (no, może pomijając krem!).

Oto one, moje pierwsze białe czekoladki z nadzieniem z pieczonej dyni!

przepis na nadzienie, to krem z mojego poprzedniego wpisu, o tu.

Na 12 sporych czekoladek wystarczy 120-150 g czekolady;

czekoladę kroimy w drobne kawałki, rozpuszczamy w kąpieli wodnej, rozprowadzamy warstwę czekolady w silikonowych foremkach (moje w kształcie diamentów), wstawiamy do zamrażalnika na kwadrans.

Wypełniamy czekoladowe skorupki nadzieniem, na każdej rozsmarowujemy pozostałą czekoladą (ponownie rozpuszczoną w kąpieli wodnej), nadmiar czekolady zdejmujemy z formy płaskim nożem, znów wstawiamy do zamrażalnika na kwadrans lub do lodówki na dłużej.

Wyjmujemy czekoladki z foremek, kiedy czekolada na wierzchu będzie twarda.

Czekoladki są prawdziwą kwintesencją jesieni, chrupiące na zewnątrz, w środku delikatne i rozpływające się w ustach… nie, nie, tego nie da się opisać. O matko, na diecie staję się nieznośnie kreatywnym cukiernikiem!

P.S. A moja dynia zdaje się nie mieć końca… Wiem! Wcisnę resztę do czekoladek i rozdam!