Celebracje.pl

… strona dla miłośników świętowania z okazji lub bez :)

Paris-Brest po polsku, czyli grudniowy Paryż w śnieżnej Warszawie 27/12/2012

celebracje-paris-brest-pytanie-na-sniadanie

Cudowne, wspaniałe, po prostu najlepsze zakończenie roku – znaleźć się choć na chwilę u źródła mojej słodkiej mocy! Tym razem wpadłam do Paryża na samym początku grudnia, ja i setki tysięcy innych ludzi wiedzionych milionami migoczących światełek na Polach Elizejskich, strzelistymi choinkami w Galeries Lafayette i Printemps, zapachem karmelizowanych jabłek oraz miliardem innych kuszących powodów.

kolo-w-deszczu-paryz-celebracje

Dobrze, przyznaję, jest pięknie, ale dla mnie najważniejsze są chwile spędzone z przyjaciółmi: zdobyte kilometry, które czuję do dziś, hektolitry wypitej herbaty, wzniesione toasty, lekcje asertywności mojego chrzestnego synka („non! pas du tout!”), smakowe odkrycia i… to ciepło i radość, które czuję zawsze, kiedy jestem razem z nimi. To samo czuję tu, w Warszawie.

pomme-d-amour-celebracje-paryz
Postanowiłam zrobić małe kulinarne podsumowanie kolejnego roku spędzonego wśród tych wszystkich ludzi. Jaką klamrą mogę spiąć słodki Paryż z wytrawną Warszawą? Paris-Varsovie, czyli moją wersją wielkiego francuskiego klasyka – Paris-Brest. Każdy, nawet bardzo awangardowy francuski cukiernik ma swoją własną wersję, więc jakiż ze mnie byłby wielbiciel francuskich ciast bez mojego Paris-Brest?! Mój przepis łączy tradycyjną recepturę na lekkie ciasto ptysiowe z Laduree z uzależniającym kremem pralinowym (o tak, tak, czytelnicy Celebracji już wiedzą, że domowa pralina to jeden z moich ulubionych składników) oraz małym osobistym akcentem: musem z owoców leśnych.

Paris-Varsovie czyli moja wersja Paris-Brest

celebracjepl-dekoracja-paris-brest
lekkie ciasto ptysiowe (przepis Laduree)

120 g mąki pszennej (typ 450, np poznańska)
100 ml mleka
100 ml wody
10 g cukru
szczypta soli
80 g masła
4 całe jajka
kilka łyżek migdałów w płatkach

celebracjepl-ciasto-ptysiowe-paris-brest

Nagrzać piekarnik do 180 st C.
Zagotować w garnku mleko z wodą, cukrem, solą i masłem; zaraz po zagotowaniu odstawić z ognia i dodać przesianą mąkę, wymieszać dokładnie, postawić na ogniu i mieszając osuszyć nieco ciasto przez 1-2 minuty. Przełożyć do miski i cały czas mieszając dodać jajka (po jednym), mieszać tak długo, aż ciasto będzie lśniące i lekko lejące. Przełożyć do rękawa cukierniczego.
Papier do pieczenia nasmarować delikatnie masłem i wyszprycować ciasto tak, aby otrzymać równe kręgi – możemy zrobić duże koła (po ok 20 cm) lub małe – 8-10 cm (na indywidualne porcje); ja zwykle rysuję koła ołówkiem na spodniej stronie papieru do pieczenia – w ten sposób wychodzą ładne, równe porcje. Posypać migdałami w płatkach.
Włożyć do gorącego piekarnika i piec 10 minut w temp.180 st C z termoobiegiem (uwaga, nie otwieramy piekarnika w tym czasie – ciasto ma ładnie wyrosnąć), po tym czasie przestawiam termoobieg na zwykłe pieczenie (góra-dół), a w drzwiczki do piekarnika wkładam drewnianą szpatułkę – w ten sposób drzwiczki pozostają lekko uchylone, a wilgoć może wydostać się na zewnątrz; piekę kolejnych 25-30 minut uważając, aby moje ptysie nie spiekły się zbytnio. Ostudzić na kratce.

Krem pralinowy

500 ml pełnego mleka
3 żółtka
125 g drobnego cukru
60 g skrobii kukurydzianej (Maizena)
200 g miękkiego masła
125 g masy pralinowej (mój przepis tu)

robimy creme patissiere: żółtka z cukrem, skrobią i odrobiną mleka miksujemy aż całość się połączy; pozostałą część mleka gotujemy, zdejmujemy z ognia, energicznie mieszając masę jajeczną wlewamy po woli gorące mleko, a gdy wszystko się połączy, przelewamy do garnka i mieszając gotujemy aż masa zgęstnieje do konsystencji gęstego budyniu; przykrywamy szczelnie folią spożywczą tak, aby ściśle przylegała do masy, odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie, do jeszcze ciepłej masy dodajemy 100 g miękkiego masła pokrojonego w drobną kostkę i mieszamy aż całość się połączy; ponownie przykrywamy szczelnie folią i odstawiamy na 1 do 2 godzin do lodówki; w tym czasie miksujemy masę pralinową z pozostałą częścią masła, odstawiamy (masa powinna zachować temperaturę pokojową); wyjmujemy schłodzony krem, miksujemy żeby go nieco ocieplić i wygładzić, dodajemy masę maślano-pralinową, miksujemy na gładki krem, przekładamy do rękawa cukierniczego;

Mus z owoców leśnych

celebracjepl-mus-z-owocow-lesnych

400 g mieszanych owoców leśnych (maliny, jeżyny, wiśnie, truskawki, jagody – ja używam zamrożonych owoców)
2-3 łyżki cukru
szczypta mielonego kardamonu
2 łyżki żelatyny

Owoce gotujemy z cukrem aż płyn odparuje do połowy, doprawiamy do smaku mielonym kardamonem. Żelatynę zalewamy 3-4 łyżkami wody, czekamy aż spęcznieje, po czym roztapiamy ją w kąpieli wodnej i dodajemy do gorących owoców. Całość blendujemy na gładką masę i przecieramy przez drobne sito. Przelewamy do małych foremek do czekoladek (u mnie w kształcie diamentów) i odstawiamy do zamrażalnika na 2-3 godziny (można je oczywiście odstawić do lodówki, ale łatwiej wyjmuje się mus zamrożony niż schłodzony), wyjąć z foremek; przełożyć na deskę do krojenia i przywrócić do temperatury pokojowej;

celebracjepl-skladanie-paris-brest

Upieczone ciastka przekroić na pół, na dolną warstwę wyszprycować starannie krem pralinowy, ułożyć w równych odstępach mus owocowy, pomiędzy musami wyszprycować dodatkową porcję kremu, przykryć górną warstwą ciasta i posypać cukrem pudrem. Et voila, błyskawiczna podróż z Paryża do Warszawy gotowa!

I jeszcze kilka słów podsumowania – minęły już trzy lata od narodzin Celebracji – dziękuję Wam za każde mrugnięcie w stronę moich pomysłów, za każdy komentarz, za pytania i odpowiedzi, za tysiące odwiedzin każdego grudniowego dnia w poszukiwaniu słodkich inspiracji. To wszystko dedykuję moim przyjaciołom, rodzinie i Wam! Więcej o celebracjach już jutro, 28 grudnia w Pytaniu na Śniadanie, zapraszam.

Pamięci naszej siostry Dorotki, słońca, które zgasło trzy lata temu, Dorotki, której zawdzięczam więcej, niż można sobie wyobrazić. RIP.

dorotka-glebicka

 

Nowy Jork z widokiem na Warszawę, czyli o Borgia Cafe & Bakery na Francuskiej 13/02/2011

Pierwsza słoneczna niedziela w tym roku zapełniła Francuską zimowymi kanapowcami! Wszyscy wyszli zobaczyć, co tak świeci z góry na
zmarzniętą Saską Kępę. Patrzenie prosto w słońce nie jest zdrowe, a w nóżki zimno, więc idziemy na kawę!

Borgia Cafe & Bakery umiejscowiła się tuż nad lodowym Akwarium. Już przed wejściem stoi romantyczna latarenka, która sugeruje, że w środku może być słodko. I jest! Od progu wita mnie klimat Alicji w krainie czarów: nieco przerysowany, biało czarny wystrój, ściany pomalowane w pasy, wygodne, aksamitne pufy i fotele, wreszcie stylowa lada zapełniona paterami.

Wchodząc do środka spodziewałam się modnych ostatnio klimatów cup cake’owych: kolorowych muffinów z kremem i lukrowanych ciastek. Borgia postanowiła jednak połączyć nowojorskie smaki z francuskimi wypiekami dopasowując się do gastronomicznych zwyczajów Saskiej Kępy. To dopiero drugi dzień od otwarcia, a lokal już przeżywa oblężenie. Z trudem znalazłam sobie miejsce przy małym stoliku z boku. W menu proste dania: kanapki z chleba wypiekanego na miejscu, duży wybór bajgli, pieczywo francuskie, ciastka i wspomniane cup cakes.

Na początek tylko dwa rodzaje cup cakes, ale właściciele zapewniają, że z czasem wybór będzie znacznie większy. Mam nadzieję, że tak będzie, bo jestem fanką dekadenckich słodyczy! Po pysznym obiedzie u sąsiadów (Mamma Mia, a jakże) mogłam spróbować tylko jednego w Borgii: ciastka red velvet ze śmietankowym kremem. To idealne przesłanie na jutrzejsze walentynki: słodko słone, wilgotne, czerwone i aksamitne ciasto, zwieńczone nieco cierpkim kremem i stosowną, miłosną dekoracją. Do tego kwiatowy Earl Grey podany w dużej, różowej filiżance – ładne połączenie. Wszystko tu do siebie pasuje: biel, czerń, różowe kubki do latte, duże słoje z domową granolą, eleganckie cynowe patery z croissantami, talerze z dekorowanymi ciastkami, długowłosy hart drzemiący pod stołem i zapach kawy.

Borgia to rodzinny interes, który ma swój początek w… Nowym Jorku. Pierwszy lokal Borgia Cafe & Bakery mieści się na Manhattanie, drugi na Francuskiej w Warszawie. Czy Borgia to cukiernia, bistro, a może raczej piekarnia? Trudno powiedzieć: to po prostu miłe miejsce na słodkiej mapie Warszawy, z wielkim oknem na Saską Kępę. Na pewno będę sprawdzać, czy bliżej im do Nowego Jorku, czy do Paryża.
Borgia Cafe & Bakery

ul. Francuska 50, Warszawa (wejście schodami z boku)

tel. 22 4688554

czynne pon-pią 8-22, sob-nie 10-22

 

Café gourmand, czyli co koniecznie zamawiać w paryskich restauracjach na deser

To jeden z najpraktyczniejszych nowożytnych wynalazków francuskiej gastronomii – café gourmand czyli deser dla prawdziwych smakoszy. Kawa jest nieodłącznym elementem kultury jedzenia we Francji – mocna, czarna i aromatyczna zwieńcza nawet późną kolację. Zamawiając café gourmand można się spodziewać czegoś pysznego, ale nigdy do końca nie wiadomo, co, poza kawą, pojawi się na talerzu. Zwykle jest to kilka miniaturowych deserów, jak mus czekoladowy, macaron, mała porcja lodów, czy ciasta. Lubię dobierać te mini desery tak, żeby do siebie pasowały – jedzone w dowolnej kolejności powinny łagodnie łączyć się ze smakiem kawy.
Kilka moich ulubionych propozycji w wersji mini:
fondant au chocolat czyli czekoladowe ciasteczko z płynnym środkiem podawane na gorąco
lody z mango inspirowane indyjskimi kulfi
truskawkową verrine z mascarpone i amaretto
fondue z białej czekolady z owocami
creme brulee
lody pomarańczowe z prażonymi migdałami
… oczywiście nie podaję gościom wszystkiego na raz, wybieram 3-4 różne desery, zimne podaję w kieliszkach do likieru lub ramekinach.

Fondant au chocolat (przepis na 10-12 foremek):
300 g wytrawnej czekolady (minimum 70% kakao)
300 g miękkiego masła
12 łyżeczek cukru
4 całe jaja + 4 żółtka
szczypta soli
4 kopiaste łyżki mąki pszennej

czekoladę połamać na mniejsze kawałki i rozpuścić z masłem w kąpieli wodnej, dobrze wymieszać, odstawić aż masa będzie lekko ciepła. Całe jaja i żółtka rozbić dokładnie z cukrem, połączyć z masą czekoladową, dodać sól i mąkę, wszystko dokładnie wymieszać.
Masę przelać do indywidualnych foremek (tzw ramekinów) wyłożonych wcześniej papierem do pieczenia (polecam foremki silikonowe, nie wymagają wykładania papierem). Piec 7-9 minut w temperaturze 200 st C (piekarnik z termoobiegiem). Ciasto powinno być ścięte na zewnątrz, lejące w środku.

Lody z mango (należy zrobić minimum 5 godzin przed podaniem, a najlepiej dzień wcześniej):
na początku należy włożyć docelowe naczynie do zamrażalnika (w przypadku cafe gourmand lepiej przygotować silikonowe foremki na indywidualne porcje);
przelać do garnka 1,5 szklanki mleka skondensowanego niesłodzonego, 1 i 1/4 szklanki śmietanki 30% lub 36%, wsypać 1/2 szklanki cukru i relaksować się mieszając ww przez 30 minut na małym ogniu, aż całość odrobinę się zredukuje; odstawić do wystygnięcia wrzucając wcześniej garść płatków migdałowych lub siekanych pistacji (niesolonych; można dodać i jedno, i drugie); 2 dojrzałe mango zmiksować lub pokroić i przetrzeć przez sito uzyskując ok. 1,5 szklanki pulpy owocowej; gdy masa mleczna wystygnie, dodać do niej pulpę, całość natychmiast zgęstnieje. Przelać masę do schłodzonych foremek, przykryć folią spożywczą i odstawić do zamrażalnika na minimum 4 godziny. Na 10 minut przed podaniem naczynia z lodami wyjąć z zamrażalnika.

Truskawkowa verrine
Verrine to sposób podawania różych drobnych potraw – głównie przystawek i deserów – w przezroczystej szklance tak, aby można było zobaczyć warstwy – miły i dekoracyjny wynalazek.
Przygotować truskawki w sosie: pokroić na ćwiartki pół kilograma truskawek, im dojrzalsze, tym więcej sosu; wrzucić do garnka o grubym dnie, posypać kilkoma łyżkami cukru, zagotować, aż truskawki puszczą sok; dodać chlust Amaretto (chlust to pojęcie ogólne – chluśnijcie tyle, ile lubicie zakładając, że Amaretto to dodatek), zredukować sos aż zrobi się zawiesisty, truskawki powinny jednak trzymać fason i wyglądać jak truskawki 🙂
Mascarpone zmieszać z odrobiną cukru pudru (masa ma być lekko słodka – pamiętajmy, że sos będzie bardzo słodki), skórką startą z pomarańczy lub cytryny i ziarenkami wanilii; Przygotować małe szklaneczki lub kieliszki do likieru, nakładać warstwy naprzemian: masę z mascarpone, truskawki sosie, masę, truskawki, całość udekorować listkiem mięty lub melisy, można posypać pokruszonym ciasteczkiem korzennym lub maślanym.

Fondue z białej czekolady:
2 tabliczki białej czekolady rozpuścić w kąpieli wodnej z kilkoma łyżkami śmietanki 30%, po całkowitym rozpuszczeniu podawać gorącą czekoladę w płynnej wersji w małym naczynku z szaszłykiem z dowolnych owoców; bardzo ładnie wyglądają szaszłyki z bambusowymi patyczkami zakończonymi pentelką.

Lody pomarańczowe
– to moja wersja przepisu Nigelli – ubijam pół litra schłodzonej śmietanki 36%, mam dwie pomarańcze i jedną cytrynę: ścieram skórkę z jednej pomarańczy i cytryny, wyciskam sok ze wszystkich owoców, mieszam sok, skórkę i dodaję 170-180 g cukru pudru, mieszam do całkowitego rozpuszczenia rozpuszczenia;  ubitą śmietanę mieszam dokładnie z sokiem i szybko przekładam do płaskiego naczynia (o pojemności ok. 1 l), przykrywam, wrzucam do zamrażalnika na noc. Wyjąć na 10 minut przed podaniem, każdą porcję posypać płatkami migdałów uprażonymi na patelni bez tłuszczu.

Crème brûlée
– najprosztszy i niezawodny przepis, który pochodzi z Kwestii Smaku, nie wymaga pieczenia w kąpieli wodnej, a krem jest naprawdę pyszny! Pół litra śmietanki 36% zagotowuję z rozciętą laską wanilii (oczywiście wydrążam i wrzucam ziarenka do środka), jak tylko zacznie wrzeć, odejmuję z ognia, wyjmuję laskę wanilii, przecedzam przez sito; rozbijam 6 żółtek z 1/3 szklanki białego cukru (uważając, żeby nie napowietrzyć masy, bąbelki w kremie nie są mile widziane!), przelewam śmietankę małymi porcjami do żółtek, mieszając dokładnie, ale delikatnie. Masę przelewam do ramekinów przez drobne sitko. Wstawiam do nagrzanego piekarnika (100 stopni, bez termoobiegu) na 50 minut; jeśli widzę, że na wierzchu tworzą się bąbelki, zmniejszam temperaturę o 5 stopni; krem studzę, wstawiam do lodówki na noc, na chwilę przed podaniem posypuję cieniutko cukrem i zapiekam, żeby utworzyła się skarmelizowana skorupka; studzę aż do podania; dekoruję truskawkami lub malinami.

Nie zapomnijcie o kawie!

 

Niech mnie piekło pochłonie, czyli… wieczór w Kuchni Dantego 21/01/2011

Dwóch wesołych Włochów, dużo dobrego jedzenia z Boską Komedią w tle – czy taki wieczór może się nie udać? O Kuchni Dantego opowiedziała mi koleżanka, która zajrzała tam jesienią i wpadła jak śliwka w kompot. Alfredo i Leonardo, czyli gospodarze, kucharze i kelnerzy w jednym, postanowili połączyć dwie przyjemności: jedzenie i słuchanie. Takie połączenie sprawdza się idealnie – nie wypada przecież jeść mówiąc, ani mówić jedząc, ale słuchać jedząc i jeść słuchając zdecydowanie polecam.

Kuchnia Dantego pojawia się cyklicznie w Lokalu Użytkowym na Starym Mieście w Warszawie. Goście rezerwując miejsca nie zawsze wiedzą, czym zostaną nakarmieni, ale mogą być pewni, że będzie zabawnie. Miłe jest to uczucie, że nawet będąc tam pierwszy raz czułam się raczej jak na imprezie u znajomych, niż w restauracji. I, jak to zwykle bywa, niektóre potrawy smakowały mi bardziej, inne mniej, ale te nietrafione w mój smak rekompensował urok gospodarzy i dobra atmosfera. Kilka stolików, lekki gwar, a na przystawkę małe pomidorki faszerowane mozarellą z anchovies.

Pod ścianą stoi stół, przygotowany jak dla magika, a goście rozglądają się, co będzie dalej. Na razie bez zbędnych ceregieli na stołach ląduje makaron z mątwą i atramentem. Zmieniłabym nieco proporcje makaronu do mątwy, której na moim talerzu było odrobinę za mało – po zjedzeniu tego, co najlepsze, poddałam się i zostawiłam mnóstwo makaronu, za co zostałam zmierzona surowym wzrokiem Alfredo… Tak, to ten sam wzrok włoskiej mammy, która namierza syna stołującego się w jakiejś knajpie, podczas gdy powinien wsuwać makaron przy rodzinnym stole!

Łagodnie acz stanowczo upomniana do samego końca wieczoru jadłam nie marudząc i właściwie wszystko już mi smakowało. Na moje szczęście dostałam zaraz caponatę, czyli bakłażany z pomidorami i oliwkami, zdecydowanie mój ulubiony punkt programu!

Przy stole magika stanęli gospodarze i nonszalancko bałaganiąc zabrali się do swojego show. Na zmianę czytali Boską Komedię w oryginale – choć zdecydowanie zabawniejsza była polska wersja czytana przez Włochów – wielkie brawa za odwagę i dystans do siebie. Sam Dante widział piekło zapewne inaczej, bo w tym u Alfredo i Leonardo było naprawdę wesoło. Brnąc przez dantejskie bagna męczyli w moździerzu kolejne składniki pesto trapanese – bazylię z solą, czosnek (dużo czosnku!), migdały i pomidory, a potem podali to wszystko z parującym spaghetti – rewelacja. Chętnie skończyłabym kolację w tym miejscu, ale przecież jesteśmy we Włoszech! Involtini alla napoletana, czyli roladki mięsne z czosnkiem, ziołami i… pecorino? Podane z soczewicą, która podobno zapewnia pomyślność w nowym roku – zapamiętam i w razie nieoczekiwanego deszczu pieniędzy wrócę i podziękuję!

Na deser – czekoladowe salami z zabaglione – coś podobnego do naszego bloku czekoladowego z orzechami. Och, czuję, że będę musiała odpokutować tę ucztę. Podsumowując – na pewno tu wrócę!

Kuchnia Dantego
na facebooku
rezerwacje telefoniczne: 698 078 271
Lokal Użytkowy
Brzozowa 27/29, Warszawa
+48 22 831 85 67

 

Śnieżyca, grzane wino i żarówki, czyli za co kocham Warszawę 13/12/2010

 

Warszawa ubrała się na Święta w prawie dwa miliony światełek! Cieszę się jak dziecko. Tak właśnie wyglądały zimowe miasteczka z kartek bożonarodzeniowych, które dostawaliśmy od rodziny zza mórz. Jeszcze niedawno najjaśniejszym miejscem Warszawy była lampka na iglicy PKiN, a kołując nad miastem w kierunku Okęcia widać było jedynie czarną dziurę. Teraz błyszczymy z daleka! Brakuje mi trochę żywej choinki na placu Zamkowym, bo metalowa konstrukcja przed zamkiem wygląda jak wielki krasnal ogrodowy. Mrużę oczy i próbuję sobie wyobrazić, że to jednak choinka.


Wczoraj z domu wyciągnęła mnie śnieżyca – bo czy jest coś piękniejszego od błyszczącej Warszawy pod śniegiem? Sobotni wieczór był cichy, a ulice prawie puste. Wystarczyła odrobina prawdziwej zimy, żeby zobaczyć, jak tu ładnie!

Drugie zjawisko, które od kilku lat wprawia mnie w świąteczny nastrój to jarmark na rynku Starego Miasta. Stragany stoją przez cały adwent. Plastikowej chińszczyzny niestety nie da się uniknąć, ale na szczęście królują regionalne wyroby – również naszych wschodnich sąsiadów z Rosji, Litwy i Ukrainy.

Nie szukam tu niczego szczególnego, no, może poza litewskimi serami z kminkiem, które kupuję co roku. Miło po prostu podreptać od drewnianych zabawek do ceramicznych dzwonków skubiąc oscypki z grilla.

Powietrze pachnie grzanym winem i bigosem, sprzedawcy zagadują mnie po niemiecku (?!), dzieci biegają płosząc gołębie, prawdziwy Weihnachtsmarkt!

Starszy pan żongluje okruchami dla ptaków, mama kupuje parę futrzanych kapci (chociaż mogę się założyć, że identyczne kupiła już rok temu… i dwa… i trzy…), a ja wcinam gorące racuchy od Rosjanki. Celebrujemy…

… a na koniec kilka świątecznych błyskotek!

 

Mamma Mia… czyli u mamusi na Berezyńskiej 27/11/2010

… nie, to nie ja zostałam mamuśką, choć od kilku lat mieszkam na Berezyńskiej i karmię stale rosnącą gromadkę z parteru. Na palcach jednej ręki mogę policzyć miejsca na Saskiej Kępie, w których naprawdę lubię jeść, wliczając własną kuchnię. Nie chodzi mi o samo jedzenie, ale też o ludzi, stół, krzesła i wszystko wokół. Jak to się dzieje, że trudno tu znaleźć coś autentycznego, co dobrze wrośnie w okolicę, zaprzyjaźni się z sąsiadami i zostanie z nami na zawsze? Z tą myślą wróciłam ostatnio z Paryża, gdzie każdy róg ulic ma swoje codzienne bistro, a każde bistro swoich codziennych klientów. Taką restaurację prowadzili moi wujkowie rzut czapką od placu Nation. Uwielbiałam tam przychodzić i obserwować ich zza talerza (z konfitowaną kaczką, oczywiście). Wujek biegał między stolikami, recytował menu dnia i kierował ruchem, a ciocia parząc kawę zagadywała klientów przy barze. Właściwie nie było tam przypadkowych gości, wszyscy byli witani i żegnani jak rodzina. Tego właśnie brakowało mi tu, na Saskiej Kępie. Zaraz po twardym lądowaniu w zimnej Warszawie planowałam uciec do Poznania, żeby uczcić 11 listopada rogalem marcińskim (no… nie jednym, co najmniej trzema!). Nie uciekłam, bo wpadłam na pomysł, żeby po rogale skoczyć do Meryka, jedynego licencjonowanego rogalarza w Warszawie. Potem pomyślałam, że u Meryka bywam przynajmniej raz w tygodniu, więc rogale mogą poczekać. Postanowiłam zatem poszukać w okolicy kolejnego miejsca do oswojenia.
Obok Mamma Mia przelatywałam zwykle w drodze do pracy, spóźniona trzy kwadranse, kątem oka czytałam, co dziś na obiad i zazdrościłam architektom od Kuryłowicza, że mają taką fajną stołówkę. Miałam wreszcie wolny dzień, mnóstwo czasu i jeszcze więcej do opowiedzenia przyjaciółce, więc szybko zajęłyśmy jedyny (!) wolny stolik.

Od razu wiedziałyśmy, że zostaniemy tu długo! Malutki lokal w stylu francuskiego bistro, kilka stolików, prowansalski bar z drewna, ciastka w słoikach i ta rozświetlona lada z pysznościami…!

Wybór jest naprawdę imponujący, jak na tę przestrzeń: zestawy śniadaniowe, naleśniki, quiche, zapiekanki, tarty, makarony, sałaty i desery. Menu inspirowane jest kuchnią śródziemnomorską – głównie włoską, francuską i grecką. Zorientowałam się dość szybko, że spróbowanie wszystkiego w Mamma Mia jest po prostu niemożliwe, bo karta zmienia się codziennie. Właściciele chętnie słuchają sugestii gości i testują na nich kolejne przepisy. Część hitów wpisano na stałe do menu, więc powtórzę na pewno fiocchi z gruszką, czyli pierożki w kształcie sakiewek z orzechami, gruszką i serami.

Niektóre potrawy stoją na widoku, szczególnie desery przykuwają wzrok. To sprytne, bo nawet, jeśli główne danie w dwustu procentach zaspokoi Twój głód, na pewno zamówisz coś słodkiego! MM słynie już z nietypowego tiramisu z figami i pysznych tart, ostatnio pojawiło się też semifreddo z malinami i balsamico, lekkie i aksamitne. Zdrowy rozsądek podpowiada mi niezawodnie, żeby po tym wszystkim wypić filiżankę espresso.
Udało mi się przedwczoraj wpaść do MM w dzień powszedni, w porze obiadowej. Ludzie wchodzą głodni, wychodzą uśmiechnięci i to jest chyba najlepsza rekomendacja, bo wracają codziennie o tej samej porze.

Każdego dnia Mamma przygotowuje zestaw dnia za mniej niż 20 pln, ja trafiłam na krem serowy i carbonarę, wypiłam pyszne czerwone latte, a na koniec zapuściłam żurawia w menu: na co wpadnę następnym razem? Wczoraj wieczorem było grzane wino, sernik z gruszką, przeglądanie książek kucharskich i planowanie kolejnych wakacji. Pewnie mogłabym tu spędzić cały dzień, ale muszę czasem pomieszkać u siebie…

Mamma Mia Bistro
ul. Berezyńska 27 (info dla tubylców: u szklarza), Warszawa
czynne pon-pią 8.00-22.00, so 10.00-22.00, nie 10.00-20.00
www.mammamiabistro.pl
jeśli chcecie być na bieżąco 🙂

 

Macarons chez Ladurée, czyli jak grzeszyć, to tylko w niebie… 16/11/2010

Krecim zwyczajem wynurzam się z metra na Charles de Gaulle – Etoile. Kolorowy tłum turystów kieruje się prosto na Łuk Triumfalny, a ja przechodzę na drugą stronę Pól Elizejskich i biegnę w stronę Concorde. Nie idę, biegnę! I chociaż rano ledwo zwlokłam się z łóżka, tych siedemset metrów przebiegam bez zadyszki. Grunt to motywacja – całą noc śniły mi się fiołkowe ciastka i mmm… a jakże: macarons!

Macarons to moje czwarte imię, zaraz po Oldze, Marii i Annie, przybrane w okolicach 14 lipca, dziesięć lat temu, w obecności dwóch świadków. Makaronikową matką chrzestną została Tifenn, która do dziś dba o poszerzanie mojej wiedzy praktycznej z przedmiotowej dziedziny. Widząc macarons po raz pierwszy pomyślałam, że to kicz w czystej postaci – kolorowe ciasteczka atakują przechodniów z witryny każdej francuskiej cukierni. O co chodzi? Wkrótce przekonałam się, że jakość makaroników rośnie wprost proporcjonalnie do stopnia kiczowatości. Dziś uważam je za szczyt słodkiego piękna, choć bywają we francuskich cukierniach dużo ładniejsze desery. Macarons oryginalnie pochodzą z Włoch, ale od początku XIX wieku Francja uważa je za skarb narodowy – świadczy o tym fakt, że każdy region ma swój sposób wyrobu i prezentacji. Te najbardziej popularne – w formie lekkiej migdałowej markizy z kremem – produkowane są w tylu wariantach, że naprawdę trudno się zdecydować! Początkującym polecam klasykę, czyli macarons waniliowe, kawowe, czekoladowe, pistacjowe, truskawkowe i cytrynowe. Potem spróbujcie macarons z karmelem z solonego masła – idealnie francuskie połączenie. Dla zaawansowanych wszystkie inne warianty, włączając mój ulubiony – macarons o smaku kwiatu pomarańczy. Makaroniki stały się wizytówką dobrych cukierników, z pośród których czołówkę stanowią trzy paryskie firmy: Pierre Hermé, Fauchon i (werble, werble, werble!) Ladurée – do którego właśnie zmierzam w podskokach!

Zwykle to miejsce można wypatrzeć z daleka, bo w porze lunchu i popołudniowej herbaty ustawia się przed nim nieprzyzwoicie długa kolejka. Tym razem strategicznie wybrałyśmy porę raczej brunchową i bez problemów dostałyśmy stolik na piętrze. Ladurée przy Polach Elizejskich to dwa piętra czystego paryskiego szyku. Sala główna na parterze wprost z Belle Époque jest zawsze gwarna i pełna turystów, którzy przychodzą tu głównie na kawę i coś słodkiego. Niedawno otwarto tu również bar, z nowoczesną stylistyką i lekkim menu, co przyciąga głównie młodych bankierów z sąsiedztwa. Piętro jest spokojne i ciche, z dywanami, kandelabrami, ciężkimi zasłonami i kilkoma salami połączonymi śmiesznym wąskim przejściem przypominającym korytarze RMS Titanic. Wszystko, począwszy od ubrań kelnerów, żakardów na ścianach, aż po złocone sufity pasuje do siebie idealnie. Czuję się jak w bajce sprzed dwóch wieków. Ale głód sprowadza mnie do XXI wieku – zamawiamy nasze ulubione kanapki klubowe. Brzmi nieciekawie?

Spróbujcie! Grillowane warzywa w glazurze z mozarellą, oliwkami, suszonymi pomidorami i ziemniakami Pont-Neuf. Albo Club Ladurée z listkiem chrupiącego boczku i sałatą. My pozostajemy wierne naszej kanapkowej tradycji, ale karta dań jest naprawdę ciekawa: omlet z czarnymi truflami, biały tuńczyk karmelizowany w cukrze z Mauritiusa, czy polędwica wołowa z rabarbarem i ziemniaczanym biszkoptem. Ladurée jest kolejnym miejscem, gdzie spędzamy dużo czasu, jak większość przychodzących tu osób, zatapiamy się po prostu w miękkich fotelach i nie myślimy, co będzie dalej. No dobrze, wiemy, co będzie dalej: deser! Wybór deseru jest tu kluczową kwestią – co tym razem? Motywy kwiatowe czy klasyka? Karta deserów jest znacznie dłuższa niż dań głównych i mam wrażenie, że wydłuża się z każdą moją wizytą.

Przede mną Religieuse à la Violette, czyli wyjątkowo pobożne ciasto ptysiowe z kremem fiołkowym. Cóż, fiołki dobrze komponują się z tym wnętrzem, nie mogłam zamówić niczego innego! Popijam kwiatowym Earl Greyem, jestem w niebie. Tifenn kocha róże, więc delektuje się Saint-Honoré Rose-Framboise – artystyczną kombinacją róży, maliny, ciasta francuskiego i ptysiowego z kremem.

Wszystko smakuje jak zrobione na miarę naszych podniebień, a wygląda jak dzieło sztuki. No i oczywiście macarons z kwiatem pomarańczy – skoro jesteśmy już w kwiatowym temacie! Miękkie, lekko ciągnące się ciasto i muślinowy krem. Dziwne, jeszcze przed chwilą tu były… jakoś tak… sennie się zrobiło, mmm?

Ladurée Champs Elysées
75, avenue des Champs Elysées – 75008 Paris
Métro: George V, Charles de Gaulle – Etoile (jeśli przy okazji chcecie ogarnąć wzrokiem całe Pola Elizejskie)
restauracja czynna pon-pią 7.30-23.30, sob 8.30-0.30, nie 8.30-23.30
butik czynny pon-pią 7.30-23.00, sob 7.30-0.00, nie 7.30-23.00
bar czynny pon-czw 9.00-23.30, pią 9.00-0.30, sob 10.00-0.30, nie 10.00-23.30
www.laduree.fr
inne miejsca w Paryżu i na świecie