Celebracje.pl

… strona dla miłośników świętowania z okazji lub bez :)

Pierwszy mróz… czyli pierwsze mroźne pierniczki w tym roku! 02/11/2012

 

Wiem, wiem, jestem w tym roku wyjątkowo niecierpliwa i z przygotowaniem ciasta na pierniczki po prostu nie mogłam czekać do 11 listopada tym bardziej, że co roku pierników robię coraz więcej i więcej. Z czasem piernikowanie stało się poważnym logistycznym przedsięwzięciem, równie starannie zaplanowanym, co artystycznym. Ciasto powstało z mojego niezawodnego przepisu, teraz spokojnie sezonuje w lodówce, ale na pieczenie i dekorowanie będę musiała jeszcze trochę poczekać.

Pierwszy prawdziwy śnieg i konkurs na dekorowane ciasteczka w tortownia.pl obudziły jednak we mnie ducha piernikowej wróżki i w ten sposób powstały moje pierwsze w tym roku próbne pierniczki. Inspiracją do tej koronkowej dekoracji były rysunki na moich oknach, które zostawił mróz podczas pierwszej naprawdę zimowej nocy.

Obawiam się, że teraz już nic mnie nie powstrzyma przed oficjalnym rozpoczęciem sezonu piernikowego…

 

Słodko słony karnawał, czyli… zaczynamy Nowy Rok z przytupem! 15/01/2012

W dzieciństwie karnawał kojarzył mi się z trzema terminami: szkolnym balem, faworkami i moimi urodzinami. To pierwsze otwierało sezon na swawole i pyszności, drugie było hitem moich rodziców od grudnia do lutego, a ostatnie definitywnie zamykało karnawał ocierając się czasem o Wielki Post. Teraz najważniejszym karnawałowym wydarzeniem jest Balonowanie Noworocznych Życzeń, o czym już pisałam w zeszłym roku. Właściwie jest to chyba najwznioślejsze wydarzenie w roku, bo w dużym stopniu determinuje rozwój wypadków w ciągu kolejnych trzystu sześćdziesięciu kilku dni. I tak od kilku lat.

Rok temu, z braku czasu i bieżącej wody, postawiłam na błyskawiczny bufet, tym razem, mając już czas i bieżącą wodę postarałam się trochę bardziej. Po pierwsze: jedzenie. Założenie było takie: im mniej problemu z jedzeniem, tym bardziej zadowoleni goście. Mniej problemu nie oznacza wcale podawania kanapek z szynką i serem. Chodzi o jedzenie, które nie wymaga talerza, łyżki, widelca, noża ani dziadka do orzechów. Inaczej finger food, amuse bouche, jedzenie na jeden kęs, w porywach do dwóch. Po drugie: organizacja. Bo zmęczony gospodarz, to zły gospodarz! Większość tych drobiazgów mogłam zrobić nawet dzień wcześniej, a tuż przed imprezą tylko złożyłam je w całość. Po trzecie: dekoracje. Zakładając, że w moim niedużym salonie musi zmieścić się trzydziestu gości, kilkoro biegających lub pełzających dzieci, szwedzki stół i setka balonów, możliwości dekoratorskie są ograniczone.

Balony muszą być, bo to podstawa naszego święta. W tym roku do baloników przyczepiliśmy ledowe światełka. Napełnione helem balony z migającymi ledami unosiły się pod sufitem i wystarczyło zgasić światło – to była cała dekoracja.  Wysyłając życzenia do spełnienia obserwowaliśmy jak światełka lecą coraz dalej i dalej migając w mroku.


Bufet podzieliłam na dwie części: słoną i słodką, z naciskiem na tę drugą, bo w karnawale cukier jest zdecydowanie królem.
Wszystko, co podałam, było w wersji mini: quiche z porami, francuskie pizze z szynką i serem, roladki z cukinii z kremem cytrynowo-imbirowym, tarteletki z niebieskim serem i gruszką, pierożki ze szpinakiem i fetą, macarons z kremem gruszkowym, macarons kawowe z kremem pralinowym, tartelerki z makiem, malinami i kremem serowym, tarteletki z kremem gruszkowym i truskawkowym diamentem, musy z trzech czekolad, smoothie z mango, truskawek i pomarańczy, a dla nieprowadzących szczęśliwców – bellini.


Teraz część dla wytrwałych – jak to zrobić przy użyciu jednej pary rąk i nie zasnąć z głową w gruszkowym kremie? Zacząć dzień wcześniej, albo rozdysponować uprawnienia (ale z tym drugim zdecydowanie sobie nie radzę). Najlepsza kolejność działań: dwa dni wcześniej zrobić zakupy, dzień wcześniej upiec wszystko, co jest do upieczenia oraz zrobić musy czekoladowe, truskawkowe diamenty, kremy do macarons i cukinii, a w dniu imprezy upiec francuskie pizze, złożyć tarteletki i macarons w całość, w ostatniej chwili zmiksować smoothie oraz bellini… i sącząc szampana czekać na gości. Dziś tylko część przepisów, bo czuję, że i tak pobiję rekord cierpliwości moich czytelników ilością informacji w jednym wpisie…
Do dzieła, na początek miniaturowe wersje quiche z porami (z tej ilości ciasta można również zrobić jedną dużą tartę; trzeba wtedy podwoić ilość nadzienia)


ciasto słone na quiche
225 g mąki pszennej
100 g chłodnego masła, pokrojonego w małe kosteczki
pół łyżeczki soli, zimna woda
mąkę z solą i masłem zagnieść (najlepiej widelcem lub w maszynie, żeby ciasto cały czas pozostało chłodne) do uzyskania konsystencji zacierek; dodać odrobinę zimnej wody, wyrabiać ręką aż uformujemy zgrabną kulkę;
podsypując mąką wałkować ciasto na grubość od 3 mm; przygotować formę do mini tarteletek (proponuję pokrytą powłoką nieprzywierającą) oraz okrągłą foremkę ciastek (lub ausztecher) o średnicy 1-2 cm większej niż pojedyncza foremka na tarteletkę. Wycinać foremką kółka i delikatnie wciskać je do formy na tarteletki, dobrze dociskając dno i boki, starając się zachować tę samą wysokość we wszystkich foremkach; dno każdej tarteletki nakłuć widelcem w kilku miejscach, włożyć do każdej papierową papilotkę (jak do muffinów lub trufli w zależności od wielkości waszej formy), wsypać 2-3 łyżki suchej fasoli i odstawić na godzinę do lodówki;
w tym czasie robimy nadzienie, a w nim:
2 pory (białe części)
30-40 g masła
pół kieliszka białego wina (wytrawne lub półwytrawne)
sól, pieprz
pory kroimy w cieniutkie półksiężyce, podsmażamy na maśle, kiedy zaczną się złocić dodajemy wino, dusimy aż płyn odparuje, solimy, pieprzymy, odstawiamy do schłodzenia; w miseczce mieszamy opakowanie (200 g) gęstej śmietany 22%, 2 jajka, szczyptę soli i pieprz; mieszamy dokładnie.
rozgrzewamy piekarnik do 200 st C, do gorącego piekarnika wstawiamy schłodzone tarteletki, pieczemy 10 minut. Wyjmujemy, ostrożnie usuwamy papilotki z fasolą, dno każdej tarteletki smarujemy odrobiną musztardy z Dijon, kładziemy po łyżce duszonych porów i zalewamy łyżką masy jajeczno śmietanowej; ponownie wstawiamy do piekarnika na 12-15 minut (w zależności od wielkości foremek), schłodzone wyjmujemy z foremek (bo będą nam jeszcze potrzebne!)

Miniaturowe quiche z niebieskim serem i gruszką


orzechowe ciasto słone na quiche (czyli takie, jak wyżej, z małą modyfkacją)
225 g mąki pszennej
25 g mielonych orzechów włoskich
100 g chłodnego masła, pokrojonego w małe kosteczki
pół łyżeczki soli, zimna woda
mąkę z orzechami, solą i masłem zagnieść (najlepiej widelcem lub w maszynie, żeby ciasto cały czas pozostało chłodne) do uzyskania konsystencji zacierek; dodać odrobinę zimnej wody, wyrabiać ręką aż uformujemy zgrabną kulkę;
podsypując mąką wałkować ciasto na grubość od 3 mm; przygotować formę do mini tarteletek (proponuję pokrytą powłoką nieprzywierającą) oraz okrągłą foremkę ciastek (lub ausztecher) o średnicy 1-2 cm większej niż pojedyncza foremka na tarteletkę. Wycinać foremką kółka i delikatnie wciskać je do formy na tarteletki, dobrze dociskając dno i boki, starając się zachować tę samą wysokość we wszystkich foremkach; dno każdej tarteletki nakłuć widelcem w kilku miejscach, włożyć do każdej papierową papilotkę (jak do muffinów lub trufli w zależności od wielkości waszej formy), wsypać 2-3 łyżki suchej fasoli i odstawić na godzinę do lodówki;
teraz nadzienie z:
200 g niebieskiego, miękkiego sera np gorgonzola
200 g śmietany 22%
2 jajek
ząbka czosnku (opcjonalnie)
1 gruszki
ser, jajka, czosnek i śmietanę zmiksować na gładką masę; gruszkę obrać, pokroić w kostki (na jeden gryz, ok 3×3 cm w zależności od wielkości foremek);
rozgrzewamy piekarnik do 200 st C, do gorącego piekarnika wstawiamy schłodzone tarteletki, pieczemy 10 minut. Wyjmujemy, ostrożnie usuwamy papilotki z fasolą, do każdej wkładamy tyle serowej masy, żeby wypełniła je w 3/4, do środka każdej wciskamy kawałek gruszki; pieczemy jeszcze 12-15 minut aż masa na wierzchu będzie złota;

Francuskie mini pizze

… wyszły mi jak brzydactwa w porównaniu z całą resztą, ale daruję im, bo były pyszne; przepis bezczelnie prosty, kupujemy:
opakowanie ciasta francuskiego (lepiej z lodówki niż zamrożone, bo nie trzeba go rozmrażać, a zależy nam na czasie)
czerwone pesto, salsę pomidorową lub ketchup
tarty żółty ser o ostrym smaku (tarty, bo czas, czas!)
kilka plastrów szynki
i jeśli zostanie nam trochę porów w quiche, możemy je również wykorzystać
Na blasze do pieczenia kładziemy papier; z ciasta francuskiego wycinamy foremką koła (lub dowolne kształty, tylko nie za duże), na każdym rozsmarowujemy pesto/salsę/ketchup; w misce mieszamy ser, szynkę pokrojoną w słupki i ewentualnie pory, kładziemy po łyżce na cieście, wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 st C na kwadrans, aż ciasto urośnie, a wierzch się zezłoci; możemy podawać schłodzone;

Pierożki ze szpinakiem i fetą

… to tak naprawdę nic innego niż moje samosy w wersji, powiedzmy, greckiej. Przepis na ciasto tu, a nadzienie:
duża torebka świeżego szpinaku
kostka (200 g) sera feta
czosnek – 1-3 ząbki
masło, ok 50 g
szpinak myjemy, suszymy; masło rozpuszczamy na patelni, wrzucamy drobno pokrojony czosnek, szpinak i dusimy dodając pokruszoną drobno fetę; zmniejszamy ogień i dusimy aż całość będzie gęsta (sos odparuje); studzimy;
z ciasta na pierożki wycinamy okręgi średnicy szklanki (7-8 cm), w farszu formujemy kuleczkę, wypełniamy pierożek, brzegi wewnątrz smarujemy odrobiną wody, zlepiamy, a falbankę pierogową dekorujemy dociskając ją widelcem. Pierożki układamy na papierze do pieczenia, smarujemy roztrzepanym żółtkiem, pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 st C 20-25 minut aż będą złote; studzimy lub podajemy gorące.

Roladki z cukinii z kremem cytrynowo-imbirowym


na jedną paterę roladek potrzebujemy:
2 sporych cukinii
1/4 szklanki oliwy
2 kremowych serków (w sumie ok 200 g) typu Philadelphia
2-3 łyżek śmietany 22%
1 cytryny
kawałka imbiru (1 cm wystarczy)
ząbka czosnku
soli i pieprzu
cukinie myjemy, odcinamy końce i ostrożnie kroimy w plastry długości cukinii (nie robię tego obieraczką do warzyw, po plastry powinny mieć nawet 0,7-1 cm grubości – będą pieczone)
pędzelkiem smarujemy cukinie oliwą z obu stron, lekko solimy i pieprzymy, wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 st C i pieczemy aż będą miękkie, lekko złote, ale nie rozpadające się (ok 10-15 minut), studzimy;
serek kremowy i śmietanę mieszamy w misce, dodajemy świeżo startą skórkę z 1/4 cytryny, tarty imbir, zmiażdżony ząbek czosnku i sól oraz pieprz do smaku; odstawiamy w chłodne miejsce, ale wyjmujemy na godzinę przed dekorowaniem, żeby krem nabrał temperatury pokojowej;
schłodzone plastry rolujemy np dookoła rączki od noża tak, aby środek roladki był pusty; spinamy wykałaczką i stawiamy na paterze; tak przygotowane roladki wypełniamy kremem (najlepiej użyć do tego rękawa cukierniczego z gwiazdkową końcówką lub woreczka na mrożonki naciętego na rogu); ostawiamy w chłodne miejsce aż do podania.

Słodkie tarteletki z…


ano, najpierw bazowy przepis na kruche ciasto, najlepsze, najbardziej kruche, najpyszniejsze, bezproblemowe, idealne. Nie musicie już dalej szukać, Michel Roux wymyślił bezkonkurencyjne, et voila:
250 g mąki pszennej
180 g miękkiego masła
100 g przesianego cukru pudru
szczypta soli
2 żółtka

mąkę, pokrojone w kostkę masło i cukier puder wyrabiamy szybko, dodając sól i żółtka aż uzyskamy gładkie ciasto; jak w przypadku każdego kruchego – im szybciej to zrobicie, tym lepiej; zawijamy w folię spożywczą i wkładamy na godzinę do lodówki;
jeśli chcecie zrobić jednocześnie tarteletki z kremem gruszkowym i tarteletki z makiem – zróbcie podwójną ilość ciasta;

z tym ciastem postępuję dokładnie tak, jak ze słonym ciastem na quiche: wypełniam foremki ciastem (z tą różnicą, że ciasto słodkie jest delikatniejsze, więc wałkuję je nieco grubiej na ok. pół centymetra grubości, tak, aby po upieczeniu nie rozpadło się w rękach – mimo to jest kruchutkie i chrupiące, więc grubość im nie szkodzi; jeśli z tego ciasta chcecie upiec dużą tartę, grubość można zwiększyć nawet do centymetra), nakłuwam dno widelcem, wkładam do środka papierowe papilotki oraz fasolę, odstawiam na godzinę do lodówki, piekę 10 minut w temp. 190 st C, wyjmuję papilotki z fasolą, piekę aż będą złote (8-12 minut), ostawiam do ostudzenia; wyjmuję bardzo ostrożnie i przechowuję w suchym miejscu aż do wypełnienia nadzieniem;

A nadzienie? Teraz najprostsze, z makiem i kremem serowym; natomiast krem gruszkowy opiszę w poście nt macarons, ponieważ to również doskonałe nadzienie do macarons.


przygotowujemy:
konfiturę malinową
masę makową (och, wiem, ale to jedyny półprodukt w moim domu)
250 g serka kremowego typu Philadelphia
70 g masła
1,5 szklanki cukru pudru
100 g sera mascarpone
cytryna lub pomarańcza
wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową – miksujemy serek kremowy, mascarpone i miękkie masło, dodając partiami cukier puder, na koniec ścieramy odrobinę skórki z pomarańczy lub cytryny; ucieramy na gładką masę, chłodzimy;
upieczone tarteletki wypełniamy: łyżeczką konfitury malinowej, łyżką masy makowej, na koniec wyciskamy workiem cukierniczym krem serowy.

Teraz już wiem, dzięki Annie Marii, że macarons to nie wyższa szkoła jazdy, ale o tym w kolejnym wpisie (przyznam, że od czasu, kiedy upiekłam je z sukcesem pierwszy raz, piekę je już kilka razy w tygodniu, z zamkniętymi oczami i z coraz większą przyjemnością ku coraz większemu entuzjazmowi tłumów. Szczególne podziękowania dla wyrozumiałej rodziny na diecie oraz nieustraszonej grupy testerek z Instytutu Włoskiego w Warszawie – ci vediamo presto, ragazze!), bo macarons wymagają dłuższego wstępu.
Ściskam serdecznie wszystkich przyjaciół, dla których kolejny raz organizowałam Balonowanie Życzeń – to dzięki Wam marzenia się spełniają!

 

Żurawiny, choinka i śliwki, czyli… w co opatulić zimowy stół na święta 28/12/2011

W tym roku święta były mało zimowe, ale postanowiłam udawać, że za oknem trzeszczy mróz i leżą tony śniegu. Takie założenie wymaga ocieplenia gniazda dużą ilością świątecznych kolorów! Lubię te świąteczne i ponadczasowe standardy kolorystyczne, czyli złoto, czerwień i zieleń, ale tym razem złoto zastąpiłam śliwkowym fioletem. Dla mnie to kolor równie dystyngowany co złoto. Przygotowując stół na pierwszy dzień świąt (tak, moja kolej!) starałam się, żeby to, co na stole, pasowało do reszty domu. Motywem przewodnim były żurawiny, które znakomicie zastąpiły żywe kwiaty. Robiąc świąteczne zakupy zakochałam się w prawdziwych, ogromnych, mrożonych (!) żurawinach, które czekały na swój dzień w zamrażalniku. W Home&You kupiłam śliwkowy wianek na stół, świece w tym samym kolorze oraz mniejsze świece w kolorze żurawin.


Na zielonym, lekko połyskującym obrusie postawiłam śliwkowy wianek, do którego wstawiłam trzy czerwone świece w kształcie walca.

Po dwóch stronach wianka postawiłam szklane walcowate wazony, nalałam do każdego wody (starając się wyrównać poziom wody do wysokości czerwonych świec po środku stołu), wstawiłam wyższe śliwkowe świece i wsypałam mrożone żurawiny. Owoce są tak lekkie, że unoszą się na poziomie wody tworząc piękne wianki. Można jeszcze przed wrzuceniem żurawin włożyć do wazonów liście ostrokrzewu lub gałązki choinki, ale czasem mniej znaczy więcej i dla mnie ta dekoracja była wystarczająca.

Na moich nowych, pięknych talerzach (Almi Decor, a jakże!) położyłam złożone na pół fioletowe serwetki (tym razem niestety papierowe, ponieważ moich lnianych śliwkowych już nie zdążyłam kupić (koncepcja stołu last minute, ponieważ tradycyjnie złapałam przedświąteczną anginę). Woda w wazonach z żurawinami z każdą godziną robi się coraz bardziej różowa, dzięki czemu dekoracja żyje własnym życiem zmieniając się samoczynnie.


A menu na pierwszy dzień świąt? Prawie tradycyjne: tatar ze śledzia na razowym chlebie, kaczka z kasztanami, pieczone ziemniaki, kapusta z grzybami i… kawał drewna na deser – czyli francuskie świąteczne ciasto, Bûche de Noël, u mnie w wersji czekoladowej z musem z solonego masła i czekolady oraz malinami.

Przepis na czekoladowy biszkopt (taki, który po prostu musi się udać) znajdziecie u nieocenionej Dorotus z Moich Wypieków; Dorota w swojej wersji wypełnia roladę kremem z nutelli, ale chciałam, żeby moje pierwsze podejście do buche było iście we francuskim stylu. A co może być bardziej francuskiego niż karmel z solonego masła? Wypełniłam więc moją buche musem z czekolady i solonego masła, przełamując słodycz kwaśną konfiturą malinową. Nadzienie nadaje się doskonale do musowego tortu, np zmodyfikowanej wersji Czarnego Lasu.

Potrzebujemy:

180 g drobnego cukru

120 g + 460 g śmietanki kremówki 36%

60 g solonego masła (lub zwykłego, wtedy musimy dodać szczyptę soli)

150 g czekolady (minimum 66% kakao)

Cukier uprażyć na sucho w garnku o głębokim dnie, aż zamieni się w karmel; jednocześnie zagrzać 120 g śmietanki; gdy karmel będzie złoto brązowy zacząć po woli wlewać do niego gorącą śmietankę mieszając szybko, na koniec dodać masło (lub masło i sól), wymieszać dokładnie; w metalowej misce lub garnku pokruszyć czekoladę i zalać ją gorącym karmelem, mieszając od czasu do czasu doprowadzić do całkowitego rozpuszczenia i połączenia w jednolity ganache. Ubić 460 g śmietanki na sztywno, 1/3 ubitej śmietanki dodać do ganache, energicznie mieszając; pozostałą część śmietanki wymieszać delikatnie z ganache (najlepiej plastikową lub silikonową szpatułką lub wybierakiem), zaczynając od środka do zewnątrz.

Ostudzone ciasto na roladę rozwinąć, posmarować cienką warstwą konfitury (u mnie malinowa, ale myślę, że pasowałaby również wiśniowa lub pomarańczowa), przełożyć masę czekoladowo karmelową, rozsmarować, zwinąć delikatnie; całość zwinąć ściśle folią spożywczą, można jeszcze zawinąć w ściereczkę, końce związać jak cukierek, odstawić do lodówki na 2 godziny;

po tym czasie (a najlepiej na chwilę przed podaniem) wyjąć ciasto z lodówki, odwinąć z folii, odkroić końce, żeby rolada była równa i udekorować tak, aby wyglądała jak kawałek drewna: moja wersja do drewno pod śniegiem. Do dekoracji użyłam kremu z serka typu Philadelhia i mascarpone:

250 g serka kremowego typu Philadelphia
70 g masła
1,5 szklanki cukru pudru
200 g sera mascarpone

wszystko (w temperaturze pokojowej) zmiksowałam na gładką masę, nałożyłam szprycą na ciasto, widelcem narysowałam korę i słoje, posypałam odrobiną kakao, żeby faktura była bardziej widoczna; ciasto jest duże i ciężkie, więc najlepiej dekorować je bezpośrednio na talerzu dekoracyjnym – tym, który postawimy na stole; żeby nie pobrudził się przy dekorowaniu, pustą powierzchnie zabezpieczam folią spożywczą i zdejmuję ją już po dekoracji. Francuzi dekorują swoje buches figurkami: choinkami, Mikołajami itp, mojej buche musiał wystarczyć… mój podpis.

Zapraszam do stołu!

 

Menu na miarę Europy, czyli polsko-włosko-francuska integracja 06/04/2011

Moja dzisiejsza bohaterka, Iga, to radosna, energetyczna i słodka dziewczyna – jak… truskawki, które uwielbia i lato, na które czekamy z niecierpliwością! Iga dzieli przytulne, kolorowe mieszkanie z równie kolorowym towarzystwem – zakochanym bez pamięci Włochem, charakterną Góralką oraz entuzjastycznym Francuzem. Postanowiłyśmy przygotować imprezę prawdziwie integracyjną.

Tematem przewodnim oprawy stołu było lato, truskawki oraz bita śmietana – kto nam zabroni udawać, że już lato?

Menu skomponowałam w oparciu o dwa priorytety: potrawy bardzo typowe dla Włochów i Francuzów, ale przygotowane z iście polskich składników. Połączenie okazało się bardzo udane, a goście odnaleźli w daniach smaki dedykowane specjalnie dla nich – to najlepszy sposób, żeby zaproszeni bawili się doskonale.

Tym razem podaliśmy aż cztery dania nie zapominając, że Francuzi i Włosi rzadko podejmują gości typowym trzydaniowym menu. Na początek amuse-bouche, czyli coś maleńkiego, co pobudzi prawdziwy apetyt.

Tatar ze śledzia na carpaccio z buraków

Wbrew obiegowej opinii, tatar jest równie francuskim daniem, co polskim!

2 filety matiasa
4-6 suszonych pomidorów w zalewie z oliwy
1 cebula
4 małe buraki
Ocet balsamiczny
Miód płynny np akacjowy
Oliwa
Rozmaryn

Filety, cebulę i pomidory pokroić w drobną kosteczkę, zalać zalewą z pomidorów, odstawić do lodówki.

Buraki umyć, upiec w całości (najlepiej w folii) aż będą miękkie (ok. 80 minut), ostudzić; obrać (chroniąc ręce gumowymi rękawicami), pokroić w cieniutkie plasterki (najlepiej zetrzeć na tarce tzw mandolinie);
Wymieszać 2 łyżki octu balsamicznego z 2 łyżkami oliwy i łyżeczką miodu, doprawić solą, czarnym pieprzem i rozmarynem;
Na talerzach układać plasterki buraków tak, aby lekko na siebie zachodziły, w efekcie tworząc koło. Polać sosem balsamicznym.
Na środku każdej porcji buraków ułożyć porcję tatara śledziowego.

Zupa, również wyjątkowo francuska, zyskała nowych, polskich sprzymierzeńców: góralskiego oscypka i żubrówkę. Ostatni dodatek sprawia, że zupa jest lekko słodka i naprawdę zaskakuje smakiem.

Zupa cebulowa

8 średnich cebul
3 szklanki bulionu drobiowego
100 g masła
Pól szklanki żubrówki
Galka muszkatołowa
Sól, pieprz
2 oscypki naturalne (nie wędzone)

W rondlu o grubym dnie topimy masło, wrzucamy pokrojone w cienkie plasterki  krążki cebuli, dusimy delikatnie uważając, żeby cebula zachowała kształt i lekko się zezłociła. Zalewamy cebulę żubrówka oraz gorącym bulionem. Gotujemy do miękkości, ok 15 minut, doprawiając pod koniec solą, pieprzem oraz świeżo tartą gałką muszkatołową.
Tuż przed podaniem rozgrzewamy piekarnik do temp. 200 st C. Przelewamy zupę do żaroodpornych kokilek, posypujemy tartym na grubych oczkach oscypkiem, zapiekamy ok 10 minut, podajemy na stół. Polecam przy okazji uzbroić się w te cudowne naczynka do zapiekania zupy cebulowej lub gulaszu: mają charakterystyczny cebulowy kształt i zdecydowanie ładniej prezentują się od zwykłych żaroodpornych kokilek.

Danie główne dedykowane było narzeczonemu gospodyni, Luigiemu. Znamy to połączenie: kapusta, grzyby i makaron – w polskiej wersji to zwykłe łazanki z kapustą, tu w wersji typowo włoskiej.

Lasagne z kapustą i grzybami

opakowanie makaronu do lasagne
1/2 kg kapusty kiszonej
100 g suszonych grzybów (podgrzybki, prawdziwki)
50 g masła
1 cebula
Łyżka mąki pszennej
150 g polskiego tartego sera np morskiego
4 cienkie plastry wędzonego boczku

Grzyby wrzucić do małego garnka, zalać gorącą wodą aż do przykrycia grzybów, gotować 15 minut na małym ogniu. Odcedzić, pozostawiając wodę z gotowania w osobnym naczyniu, a grzyby pokroić w drobną kostkę.
Kapustę odsączyć z soku, poszatkować drobno, przełożyć do garnka, zalać wodą pozostałą z gotowania grzybów oraz pól szklanki gorącej wody. Gotować na małym ogniu do miękkości, od 1 do 2 godzin, dodając w trakcie posiekane grzyby; pod koniec duszenia podsmażyć na maśle drobno krojoną cebulę (pod koniec duszenia dodajemy do cebuli łyżkę mąki, mieszany dokładnie aby powstała lekka zasmażka), mieszamy cebulę z kapustą i gotujemy aż całość zgęstnieje.

Ugotować al dente płaty do lasagne. W indywidualnych naczyniach do zapiekania układać na zmianę kapustę i makaron kończąc płatem makaronu, posypać żółtym serem; piec 15 minut w temp 200 st C na chwile przed podaniem; w tym samym piekarniku na papierze do pieczenia układamy plastry boczku i pieczemy aż będą chrupiące; po wyjęciu lasagne z piekarnika każdą porcję dekorujemy chrupiącym boczkiem i drobno krojoną natką pietruszki.

Na koniec tiramisu, w truskawkowej wersji, z winną, francuską nutą (takie było moje założenie, z braku francuskiego wina muscat, skończyło się na wersji portugalskiej, z porto).

Winne tiramisu truskawkowe

mrożone truskawki – 1 torebka
2 pudełka mascarpone
200 ml śmietanki 36%
4 żółtka jaj
cukier puder
cukier kryształ
opakowanie biszkoptów do tiramisu
białe słodkie wino – muscat

truskawki włożyć do garnka, posypać 4-5 łyżkami cukru, zalać odrobiną wina i gotować na małym ogniu przez ok. 20 minut, aż sok z truskawek zamieni się w gęsty syrop; odstawić do ostudzenia.
żółtka utrzeć z 6-8 łyżkami cukru pudru na białą masę; śmietankę ubić na sztywno; mascarpone dokładnie wymieszać z żółtkami, dodać delikatnie bitą śmietanę;
szklankę wina przelać do miski, przygotować pucharki lub wysokie szklanki do podania deseru;
pucharki napełniać warstwami: namoczonych w winie biszkoptów (moczymy sekundę z każdej strony, nie dłużej), truskawek w syropie, masy serowej – kończąc masą serową; całość dekorujemy dorodną truskawką z szypułką, odstawiamy do lodówki aż do podania.

Stół i dekoracje


Lato, truskawki, bita śmietana! Na stole położyłam biały obrus, na nim mniejszy, truskawkowy. Do tego zwykłe, białe talerze, drewniane sztućce i… ścierki w kratkę! Kupiłam dwa komplety zupełnie nowych ściereczek z surowej bawełny – biało czerwonych i biało zielonych. Dzięki nim uzyskałam prawdziwie wakacyjny charakter stołu.

a kwiaty? Ach… dawno nie widziałam czegoś równie pięknego: Fiori Fiori przygotowało paterę ze śmietankowymi kwiatami oraz prawdziwymi, soczystymi truskawkami. Krem, czerwień i zieleń. Prosto, owocowo i wakacyjnie!

Kwiaty: Fiori Fiori

biały obrus: własny

czerwony obrus: Home & You

sztućce: Bistro, Almi Decor, własne

ścierki: Jysk

talerze: wypożyczalnia gastronomiczna

 

Nowy Jork z widokiem na Warszawę, czyli o Borgia Cafe & Bakery na Francuskiej 13/02/2011

Pierwsza słoneczna niedziela w tym roku zapełniła Francuską zimowymi kanapowcami! Wszyscy wyszli zobaczyć, co tak świeci z góry na
zmarzniętą Saską Kępę. Patrzenie prosto w słońce nie jest zdrowe, a w nóżki zimno, więc idziemy na kawę!

Borgia Cafe & Bakery umiejscowiła się tuż nad lodowym Akwarium. Już przed wejściem stoi romantyczna latarenka, która sugeruje, że w środku może być słodko. I jest! Od progu wita mnie klimat Alicji w krainie czarów: nieco przerysowany, biało czarny wystrój, ściany pomalowane w pasy, wygodne, aksamitne pufy i fotele, wreszcie stylowa lada zapełniona paterami.

Wchodząc do środka spodziewałam się modnych ostatnio klimatów cup cake’owych: kolorowych muffinów z kremem i lukrowanych ciastek. Borgia postanowiła jednak połączyć nowojorskie smaki z francuskimi wypiekami dopasowując się do gastronomicznych zwyczajów Saskiej Kępy. To dopiero drugi dzień od otwarcia, a lokal już przeżywa oblężenie. Z trudem znalazłam sobie miejsce przy małym stoliku z boku. W menu proste dania: kanapki z chleba wypiekanego na miejscu, duży wybór bajgli, pieczywo francuskie, ciastka i wspomniane cup cakes.

Na początek tylko dwa rodzaje cup cakes, ale właściciele zapewniają, że z czasem wybór będzie znacznie większy. Mam nadzieję, że tak będzie, bo jestem fanką dekadenckich słodyczy! Po pysznym obiedzie u sąsiadów (Mamma Mia, a jakże) mogłam spróbować tylko jednego w Borgii: ciastka red velvet ze śmietankowym kremem. To idealne przesłanie na jutrzejsze walentynki: słodko słone, wilgotne, czerwone i aksamitne ciasto, zwieńczone nieco cierpkim kremem i stosowną, miłosną dekoracją. Do tego kwiatowy Earl Grey podany w dużej, różowej filiżance – ładne połączenie. Wszystko tu do siebie pasuje: biel, czerń, różowe kubki do latte, duże słoje z domową granolą, eleganckie cynowe patery z croissantami, talerze z dekorowanymi ciastkami, długowłosy hart drzemiący pod stołem i zapach kawy.

Borgia to rodzinny interes, który ma swój początek w… Nowym Jorku. Pierwszy lokal Borgia Cafe & Bakery mieści się na Manhattanie, drugi na Francuskiej w Warszawie. Czy Borgia to cukiernia, bistro, a może raczej piekarnia? Trudno powiedzieć: to po prostu miłe miejsce na słodkiej mapie Warszawy, z wielkim oknem na Saską Kępę. Na pewno będę sprawdzać, czy bliżej im do Nowego Jorku, czy do Paryża.
Borgia Cafe & Bakery

ul. Francuska 50, Warszawa (wejście schodami z boku)

tel. 22 4688554

czynne pon-pią 8-22, sob-nie 10-22

 

Poskromienie złośnicy, czyli kaczka w czerwonym winie z kasztanowym ragoût

W oryginalnej wersji, która od zawsze występowała na naszym niedzielnym stole, to proste danie nazywaliśmy „Kaczką z  kasztanami bez kasztanów”. Kiedyś nie łatwo było o kasztany, więc zwykle ograniczaliśmy się do kaczki i kwaśnych jabłek,  ale zapewniam, że warto dorzucić kasztany, bo nadają ragoût lekko słodki smak. Jeśli ktokolwiek boi się eksperymentów z kaczką, która bywa naprawdę złośliwa, to jest idealny sposób na zwycięskie wyjście z opresji. Minimum przygotowania, dwie – trzy godziny wolnego duszenia, obłędny zapach w kuchni, a efekt – sami spróbujcie. Kasztany, których używam, są sprzedawane w gotowej do użycia formie: obrane i ugotowane na parze, w zgrzewanej folii; można użyć kasztanów w łupinkach (robimy ostrym nożykiem krzyżyk na łupince, gotujemy ok 10 minut we wrzątku, obieramy gorące z łupinki i wewnętrznej „zamszowej” skórki, wrzucamy do ragoût, żeby doszły w sosie).


A robimy tylko tyle (dla 4 głodnych gości):
4 filety z piersi kaczki ze skórą obroczyć w mące, doprawić solą i pieprzem, usmażyć na złoto (na maśle) z każdej strony, podlać fondem z kaczki lub wywarem drobiowym (ok. 250 ml) i taką samą ilością czerwonego wytrawnego wina (pamiętając, że powinniśmy podać takie samo wino do posiłku, ja używam zwykle Carmanere); dusimy na małym ogniu pod przykryciem ok. 60 minut, po tym czasie podsmażamy na maśle 2 pokrojone na ósemki kwaśne jabłka (ze skórką) i dodajemy do kaczki razem z ugotowanymi kasztanami (po ok. 100-150 g na osobę), dusimy ok. 40 minut. Po tym czasie sprawdzamy widelcem, czy kaczka jest miękka – powinna być delikatna, rozpadająca się. Ja zwykle duszę dłużej i trzymam w cieple do przyjścia gości. Kaczkę można podać z puree ziemniaczanym z musztardą z Dijon (mmmm!), ziemniakami podsmażanymi na gęsim tłuszczu z natką lub pieczonymi z rozmarynem i czosnkiem. Ostatnio wszystko udekorowałam karmelizowanymi ósemkami jabłka.

 

Kozi ser w kopercie, czyli moja interpretacja chèvre chaud

Kozi ser na gorąco to jedna z najbardziej klasycznych francuskich przystawek. Zwykle podawany jest najprościej: na sałacie z chrupiącą bagietką lub na toście. Moja ulubiona wersja jest bogatsza i bardzo aromatyczna: ser (roladę) zawijam w wędzony boczek, a tradycyjny winegret wzmacniam octem balsamicznym i malinami. W opcji letniej do sosu i sałatki dorzucam truskawki i soczyste mango. Podstawa też zmienia się w zależności do sezonu: roszponka, liście młodego szpinaku, rukola lub mieszanka różnych sałat.


Moje wskazówki:
z sera koziego twarogowego (ok. 200-250 g na 4 osoby) zrobić 12-16 kulek jednakowej wielkości, każdą owinąć w kopertę z cienkiego plastra wędzonego boczku tak, aby ser był całkowicie owinięty w boczek; wstawić do gorącego piekarnika (200 st.C) na 5 do 8 minut, aż boczek będzie chrupiący; jeśli używamy polskiego sera koziego, który jest bardziej kremowy, lepiej ułożyć koperty na małych kromkach bagietki – topiąc się, ser nie wypłynie, a pieczywo będzie pyszne i chrupiące.

Sałatę lub szpinak przełożyć na talerze; zrobić sos miksując kilka truskawek lub malin (można dorzucić kawałek dojrzałego mango lub cząstkę pomarańczy), sok z cytryny lub pomarańczy, ocet balsamiczny i oliwę – doprawić solą i czarnym pieprzem do smaku, przecedzić przez sitko (sos powinien być gładki), polać sałatę sosem tuż przed podaniem; na sałacie ułożyć po kilka kawałków pieczonego sera, opcjonalnie pokrojone truskawki lub karmelizowane gruszki. W wersji zimowej zdecydowanie polecam z malinowym winegretem, chrupiącą bagietką i białym winem.

 

Prawie jak w Alpach, czyli jak w kwadrans przenieść się w góry za pomocą fondue 01/01/2011

Błyskawiczny przepis na moje ulubione fondue serowe udostępniam nieprzypadkowo dziś. Prawdopodobnie na liście Waszych noworocznych postanowień widnieje pozycja „zrzucić parę kilo”, opcjonalnie „wskoczyć w maturalny garnitur” lub „zmieścić się w tycie spodenki narciarskie”. Nie podejrzewam, że będziecie dla siebie tacy niewyrozumiali, żeby zaczynać dietę 1 stycznia! Umówimy się, że do końca noworocznego tygodnia dajemy sobie dyspensę.
Przepis na fondue z camemberta polecam wszystkim, którzy lubią posiedzieć z gośćmi skubiąc bezproblemowe kąski i popijać białe wino lub cydr. To mój sposób na błyskawiczną teleportację do francuskich Alp, nie wymaga sprzętu do fondue, karnetu narciarskiego ani gogli. Oczywiście jeśli chcecie poczuć się jak w górach, możecie założyć na siebie cały narciarski outfit i otworzyć szeroko drzwi balkonowe!
W polskich realiach nie zawsze można dostać ser Vacherin podawany najczęściej w Alpach. Musimy poradzić sobie z tym, co mamy: szukamy camemberta w drewnianym pudełku (ja zwykle używam Coeur de Lion – dużego Coullomiers, wystarczy dla dwóch osób, lub mniejszych porcji Le Rustique – po jednym serku na osobę). Uwaga – pudełko jest ważne, bo posłuży nam jako foremka do pieczenia, trzeba tylko pamiętać o usunięciu wszystkich naklejek z opakowania.

Nagrzewamy piekarnik do 180-200 stopni C. Każdą porcję sera wyjmujemy z pudełka, zdejmujemy papier, wkładamy z powrotem do pudełka, nakłuwamy widelcem wierzch w kilku miejscach , w 3-4 miejscach na wierzchu robimy nacięcia i wkładamy plasterki świeżego czosnku; możemy też pokruszyć tymianek lub inne ulubione zioła. Ser skrapiamy odrobiną białego wina (tego, które będziemy popijać do fondue), zamykamy wieczko, zawijamy w folię aluminiową i wkładamy do gorącego piekarnika na 15 do 20 minut w zależności od wielkości sera.

Teraz mamy kwadrans na wariacje: biegniemy po bagietkę lub inne pieczywo, gotujemy małe ziemniaki w łupinkach, drzemy sałatę na mniejsze kawałki, kroimy długo dojrzewające wędliny na cienkie plasterki (szynka, kiełbasa, francuskie salami), przynosimy ze spiżarni wielki słoik korniszonów. Wszystko stawiamy na stole – u mnie każdy biesiadnik ma swój talerz z odrobiną wszystkiego, na środku ląduje pieczony ser w drewnianym pudełku.

Siedzimy i gadamy zatapiając chrupiącą bagietkę w aksamitnym, gorącym serze. Nikt się nigdzie nie spieszy, dieta może poczekać…!
Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Pierrrrnikowo, czyli czas piec, pakować i obdarowywać! 06/12/2010

W mojej bajce święta zaczynają się w okolicach 11 listopada, kiedy zabieram się za ciasto na pierniki. Niezawodny sposób na

jesienną chandrę to zatopić łapki w ciepłym cieście i wypełnić dom zapachem korzeni. Pół godziny mieszania, kilka tygodni

cierpliwości i można piec przez cały grudzień. Kolorowy lukier, cukrowe perełki, parę bezsennych nocy, wreszcie kolędowanie

po zaprzyjaźnionych domach – tak spędzam ostatni przedświąteczny tydzień co roku.
Dziś Mikołajki – czy może być lepszy dzień na podzielenie się z Wami moim szaleństwem?
Przepis jest prosty, ciasto wymaga sezonowania – czyli przechowywania od kilku do kilkudziesięciu dni w chłodnym miejscu pod przykryciem, jeść można zaraz po upieczeniu. Z podanej ilości wychodzi nawet sto pierniczków. Do dzieła!


Pierniczki
250 g drobnego cukru
250 g płynnego miodu (ja używam lipowego)
100 ml mocnej kawy (u mnie espresso)
300 g masła
800 g mąki pszennej
1 łyżka sody oczyszczonej
skórka drobno starta z pomarańczy (must have!)
opakowanie przyprawy korzennej (można skomponować własną))

cukier, miód, kawę i masło topimy w garnku na małym ogniu (cukier musi się dokładnie stopić), studzimy nieco (przed dodaniem reszty składników, masa powinna być lekko ciepła); dodajemy przesianą mąkę (partiami, na zmianę z korzeniami i pomarańczą, w międzyczasie dodajemy sodę rozpuszczoną w łyżce letniej wody) na początku ucierając np berłem, a potem ugniatając łapką; dość luźne ciasto wrzucam do ceramicznej makutry, przykrywam ściereczką i odstawiam (minimum na 1 dzień); cieniutko rozwałkowane piekę na papierze lub macie silikonowej od 6 do 8 minut w temperaturze 180-200 stopni C. Dłużej i w niższej temperaturze piekę pierniki witrażowe – te z cukierkowym okienkiem; krócej w wyższej temperaturze piekę zwykłe pierniki.

Lukier królewski (do misternych esów floresów) – bardzo wytrzymały, szybko wysycha, idealny do barwienia
2 białka z dużych jaj miksujemy z 3 szklankami cukru pudru (kilka minut, mikserem na średnich obrotach), na koniec dodajemy sok z połowy cytryny i miksujmy aż całość będzie biała i aksamitna. Ja dodaję jeszcze aromat pomarańczowy lub migdałowy.

Lukier zwykły (do pokrywania całej powierzchni pierniczków): do filiżanki cukru pudru wlewam po łyżeczce mleka skondensowanego niesłodzonego (najpierw jedna łyżeczka, mieszamy dokładnie i w zależności od wymaganej konsystencji – dodajemy więcej mleka). Dlaczego mleko, nie woda? Zauważyłam, że lukier jest bardziej błyszczący i mniej przezroczysty.

Pierniczki witrażowe – krok po kroku: kupujemy kolorowe landrynki, rozdzielamy kolory i każdy kolor wrzucamy do młynka, rozdrabniamy w pył (jeśli nie macie młynka, cukierki można włożyć do grubej torebki na mrożonki, zawiązać torebkę, położyć na desce do krojenia i rozdrobnić cukierki tłuczkiem do mięsa, nie musimy tłuc bardzo dokładnie);

ciasto na pierniki wałkujemy na grubość ok 4 mm, wycinamy dużą foremką pierniczek, przekładamy na papier do pieczenia lub silikonową matę (zdecydowanie polecam to drugie),

wycinamy mniejszą foremką wzór po środku,

delikatnie wsypujemy w wycięty wzór rozdrobnione cukierki (zapełniając całą pustą przestrzeń maksymalnie do wysokości piernika),

pieczemy ok 6-8 minut w temperaturze 180 st C. Wyjmujemy z piekarnika (jeśli zobaczycie, że cukrowa szybka jest dziurawa, zaraz po wyjęciu z piekarnika można ją naprawić np wykałaczką, delikatnie, bo szybko zastyga), studzimy aż ciastka będą chłodne i delikatnie odrywamy od podłoża.

Jeśli chcecie, żeby witraż wisiał na choince, najlepiej zrobić dziurkę zaraz po upieczeniu, kiedy pierniki są jeszcze miękkie. Po ostudzeniu będą twarde i chrupiące.  Smacznego!

Zobacz, jak wyglądają pierniki 2011!

 

Mamma Mia… czyli u mamusi na Berezyńskiej 27/11/2010

… nie, to nie ja zostałam mamuśką, choć od kilku lat mieszkam na Berezyńskiej i karmię stale rosnącą gromadkę z parteru. Na palcach jednej ręki mogę policzyć miejsca na Saskiej Kępie, w których naprawdę lubię jeść, wliczając własną kuchnię. Nie chodzi mi o samo jedzenie, ale też o ludzi, stół, krzesła i wszystko wokół. Jak to się dzieje, że trudno tu znaleźć coś autentycznego, co dobrze wrośnie w okolicę, zaprzyjaźni się z sąsiadami i zostanie z nami na zawsze? Z tą myślą wróciłam ostatnio z Paryża, gdzie każdy róg ulic ma swoje codzienne bistro, a każde bistro swoich codziennych klientów. Taką restaurację prowadzili moi wujkowie rzut czapką od placu Nation. Uwielbiałam tam przychodzić i obserwować ich zza talerza (z konfitowaną kaczką, oczywiście). Wujek biegał między stolikami, recytował menu dnia i kierował ruchem, a ciocia parząc kawę zagadywała klientów przy barze. Właściwie nie było tam przypadkowych gości, wszyscy byli witani i żegnani jak rodzina. Tego właśnie brakowało mi tu, na Saskiej Kępie. Zaraz po twardym lądowaniu w zimnej Warszawie planowałam uciec do Poznania, żeby uczcić 11 listopada rogalem marcińskim (no… nie jednym, co najmniej trzema!). Nie uciekłam, bo wpadłam na pomysł, żeby po rogale skoczyć do Meryka, jedynego licencjonowanego rogalarza w Warszawie. Potem pomyślałam, że u Meryka bywam przynajmniej raz w tygodniu, więc rogale mogą poczekać. Postanowiłam zatem poszukać w okolicy kolejnego miejsca do oswojenia.
Obok Mamma Mia przelatywałam zwykle w drodze do pracy, spóźniona trzy kwadranse, kątem oka czytałam, co dziś na obiad i zazdrościłam architektom od Kuryłowicza, że mają taką fajną stołówkę. Miałam wreszcie wolny dzień, mnóstwo czasu i jeszcze więcej do opowiedzenia przyjaciółce, więc szybko zajęłyśmy jedyny (!) wolny stolik.

Od razu wiedziałyśmy, że zostaniemy tu długo! Malutki lokal w stylu francuskiego bistro, kilka stolików, prowansalski bar z drewna, ciastka w słoikach i ta rozświetlona lada z pysznościami…!

Wybór jest naprawdę imponujący, jak na tę przestrzeń: zestawy śniadaniowe, naleśniki, quiche, zapiekanki, tarty, makarony, sałaty i desery. Menu inspirowane jest kuchnią śródziemnomorską – głównie włoską, francuską i grecką. Zorientowałam się dość szybko, że spróbowanie wszystkiego w Mamma Mia jest po prostu niemożliwe, bo karta zmienia się codziennie. Właściciele chętnie słuchają sugestii gości i testują na nich kolejne przepisy. Część hitów wpisano na stałe do menu, więc powtórzę na pewno fiocchi z gruszką, czyli pierożki w kształcie sakiewek z orzechami, gruszką i serami.

Niektóre potrawy stoją na widoku, szczególnie desery przykuwają wzrok. To sprytne, bo nawet, jeśli główne danie w dwustu procentach zaspokoi Twój głód, na pewno zamówisz coś słodkiego! MM słynie już z nietypowego tiramisu z figami i pysznych tart, ostatnio pojawiło się też semifreddo z malinami i balsamico, lekkie i aksamitne. Zdrowy rozsądek podpowiada mi niezawodnie, żeby po tym wszystkim wypić filiżankę espresso.
Udało mi się przedwczoraj wpaść do MM w dzień powszedni, w porze obiadowej. Ludzie wchodzą głodni, wychodzą uśmiechnięci i to jest chyba najlepsza rekomendacja, bo wracają codziennie o tej samej porze.

Każdego dnia Mamma przygotowuje zestaw dnia za mniej niż 20 pln, ja trafiłam na krem serowy i carbonarę, wypiłam pyszne czerwone latte, a na koniec zapuściłam żurawia w menu: na co wpadnę następnym razem? Wczoraj wieczorem było grzane wino, sernik z gruszką, przeglądanie książek kucharskich i planowanie kolejnych wakacji. Pewnie mogłabym tu spędzić cały dzień, ale muszę czasem pomieszkać u siebie…

Mamma Mia Bistro
ul. Berezyńska 27 (info dla tubylców: u szklarza), Warszawa
czynne pon-pią 8.00-22.00, so 10.00-22.00, nie 10.00-20.00
www.mammamiabistro.pl
jeśli chcecie być na bieżąco :)

 

 
Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.